Wednesday, January 30, 2013

W samym środku lasu.

Ferie w Jastrzębiej. Ścisłej rzecz ujmując w leśniczówce kilka kilometrów za Jastrzębią, gdzieś w środku lasu. Miejsce super. mamy farta. tuż przed nami gościł tu wyjazd integracyjny na kuligu, sporo ludzi i obsługa była wykończona, ponieważ nas już w Uroczysku (tak się to miejsce nazywa) znają, więc zostajemy całkiem sami.

CALUTKA LEŚNICZÓWKA DLA NAS!!!!
Ale odlot! 


Do najbliższego domu chyba ponad kilometr, do jakiej takiej "cywilizacji" czyli do Jastrzębiej chyba z pięć. Sam środek lasu! 

Gotujemy sobie sami, sami zmywamy, sami sprzątamy - jak w domu ale... zupełnie inaczej. W świetlicy TV sat. Wmawiam chłopcom że dekoder jest zakodowany i ... mam spokój. Za to uruchamiamy sprzęt grający i słuchamy starych przebojów, albo współczesnego folka lub... tego na co mamy ochotę. Półeczka z płytami może nie powaliła by z nóg profesjonalnego  DJ'a ale jak dla nas w sam raz wystarczy. 

Sanna

Leśniczówka jest na górce, niewielkiej ale szalenie malowniczej. Droga prowadzi do niej po lekkim łuku, między "jeziorkiem" (zbiornikiem wody gaśniczej, ale pochodzenia naturalnego, więc niezwykle wprost malowniczym) a strużką doprowadzająca doń wodę, Wszystko to wykończone żerdziami, płotkami i kamieniami. W tym miejscu urządzamy sobie sannę. Dobrze się rozpędziwszy można spokojnie dojechać aż do "głównej drogi", na której ruch jest bardzo nasilony - trzy samochody w ciągu doby to już ... prawie korek ;-) . Nam udało się  spotkać jeden i to podczas wędrówki. Nie ma się czemu dziwić, bez napędu na cztery koła przejazd jest praktycznie niemożliwy, a droga prowadzi na Jamną, więc też nie jest to trasa przelotowa, zresztą to teren nadleśnictwa i jazda wyłącznie za ich zgodą. Za to na kuligi miejsce wymarzone.

Jeszcze w domu z rozbitych zeszłej zimy sanek i starych nart dziecinnych skonstruowałem nowy przyrząd zjazdowy. mamy go ze sobą, jest lekki, niski, bezpieczny i śmiga całkiem sympatycznie. Na rozbiegu pomagam sobie kijkami trekkingowymi, a potem to już tylko trzeba baczyć by nie wypaść z trasy i nie skończyć w jeziorku lub potoczku. Dzieciaki są zachwycone, pomimo 5 stopniowego mrozu, bawią się tak intensywnie że przemaka na nich wdzianko narciarskie, dresy, a nawet bielizna. Parują niczym para koni po kuligu. Jeździmy sobie tak do samej nocy,  odpuszczamy dopiero wówczas gdy z powodu ciemności nie odróżniamy już drogi od powietrza. A jedynym źródłem światła jest odległy poblask znad wejścia do leśniczówki.

Marsz na Jamną

Powiedzieć dzieciakom że czeka ich półtora godzinna wspinaczka, to niepodobieństwo, zapewne skończyło by się odwrotem wywołanym obstrukcją z ich strony, ale komunikat brzmiał "idziemy na spacer zobaczyć co jest na górce"... a potem była jeszcze jedna górka, zakręt i znów górka, i grupa drzew i znów górka... i znów i znów a w końcu szczyt i głupio było by nie dotrzeć do Domu św, Jacka Kościoła i do Bacówki. 


Kilka razy musiałem brać Miłosza na barana, żaden wysiłek dla mnie, ale pasowało iść z kijkami, bo teren wysoce zaśnieżony, więc mając w rękach kijki, już nie mogłem trzymać go za nogi, co on z kolei uznawał za zagrożenie upadkiem, więc wbijał mi palce w oczodoły (najlepszy punkt zaczepienia na głowie człowieka, poza włosami, z których jednak nie mógł skorzystać z racji jednopalcowych rękawiczek) i tak uwieszonego niosłem go aż na szczyt kolejnego wzniesienia, podczas gdy po równym szedł już sam. 

Za to Sama Jamna, jak zawsze oszołamia pięknem, rekompensując wysiłek i wylany pot. Oczywiście robimy rekonesans co nowego przybyło podczas naszej nieobecności a co ubyło, co się zmieniło (niewiele).  
Myślałem żeby wracać przez Wieprzka (taka skała) a potem w dół szlakiem (nie oznaczonym, ale dobrze widocznym) do leśniczówki, ale odradzono mi to, nikt tam nie chodził od początku zimy, nawet kuligów tam nie organizowano, więc pewnie śniegu będzie miejscami po pas. Dla mnie frajda, ale trzeba myśleć o dzieciach. Więc wracamy starą drogą.

Pomieszkiwanie.
Mamy ze sobą cały zestaw gier i książek Wieczorem przy kawie robimy z tego użytek, szachy z Mikołajem, Miłosz przy swoich książeczkach, Marzena pisze kartki kupione na Jamnej (trzeba być maniakiem żeby szurać się w śniegach trzy godziny tam i na zad po kilka kartek pocztowych ;-) ). A potem wspólne czytanie "Magicznego Drzewa" Maleszki i sen. 

Wzięliśmy zestaw jadalny słoikowy, czyli nie gotujemy a jedynie podgrzewamy,do tego chleb, konserwy itp. Wykwintne kulinaria to nie są, coś pomiędzy suchą karmą dla psa a jadłodajną zakładową za czasów PRL. Generalnie głodni nie chodzimy... i o to chodzi!

Wnętrza super, w zasadzie moglibyśmy spać byle gdzie bo i tak wszystkie pokoje nasze, ale  zostajemy w tych które nam zaproponowano. W sumie w nich jeszcze nie spaliśmy, podczas gdy w innych już owszem, więc zawsze to kolejne doświadczenie. 

Varia


Dwie czarne suki, jedna jak by nieco labradorowata (jak nasza Aura - szkoda że jej nie zabraliśmy, druga co nieco seterowata tyle że mała i czarna. Plątają się po okolicy. Są z Domu św. Jacka, ale z nami szły aż od leśniczówki, znaczy nie tyle z nami co w poprzek nas, raz z jednej raz z drugiej strony miejscami w śniegach wyższych trzy razy od siebie więc za pomocą tunelowania - niesamowite zwierzaki, ciche, nie szczekają, niezwykle przyjazne i wesołe. wszyscy je tu znają i dzięki temu chyba cieszą się immunitetem jaki nie dany był by innym.

 Gajówka
Nowy obiekt na Jamnej trzeba będzie kiedyś zagościć. tuz przy drodze z kościoła na Bacówkę. Na pewno widoki wspaniałe, z tego co rozpytałem o ceny nie jest tragicznie. ponieważ ze zdjęcia po zmniejszeniu może być trudno odczytać podaję link do strony. www.jamna.agro.pl
Na moje oko nazwa nieco dziwna, bo gdzie tu gaj? Ale jest już Bacówka, w dole jest Leśniczówka, no to trzeba było się jakoś odróżnic, a turyści "miastowe" i tak sie nie zorientują ;-)


W koszu papierów na podpałkę do kominka znalazłem kilka niemieckich folderów przeznaczonych dla myśliwych i traperów. Przyznam że sprzęt świetny, zwłaszcza buty - ale na siedemset euro mnie nie stać. Ceny broni zawrotne, nie powiem sztucerki ładne ale też oscylują w okolicach kilkunastu tysięcy eurosów...

Do tego uśmiechnięte gęby gnybów (znaczy myśliwych) pochylonych nad ustrzelonym zwierzakiem. Podobno (jak twierdzi niejaki Miro) myśliwi strzelają bez przyjemności jedynie w trosce o dobro ludzi którym zwierzaki wyjadają coś tam z pól i oczywiście w trosce o te zwierzaki wobec których prowadzą "gospodarkę łowiecką" na której rzecz jasna się nie znam...

Akurat na tej stronie są urocze kusze, ciche i śmiertelnie skuteczne...w sam raz żeby zapolować... na myśliwych.

Saturday, December 29, 2012

Malowana sień

Znalazłem się tam zupełnie przypadkowo, wcześniej nie mając pojęcia o ich istnieniu. Ot moja żona pełniła obowiązki służbowe a ja dorabiam przy niej jako wolontariusz na etacie szofera /ochroniarza. A miejsce faktycznie nie nastraja bezpieczeństwem, zwłaszcza wieczorową porą. Zatem zostałem poproszony o towarzyszenie.

I warto było. Co prawda pierwszego dnia zrobiłem zaledwie dwa zdjęcia, bo współpracy odmówiły akumulatory aparatu (no mają już po 8 lat i kilka tysięcy zdjęć, więc się im dziwić nie należy), ale za to następnego potuptałem tu przed pracą i puściłem sobie serię.



 Powyższe dwa zdjęcia to właśnie owoc dnia poprzedniego.

Nazajutrz i tak byłem w okolicy chcąc kupić żonce fleki do butów (ostatnie patenty wytrzymują zaledwie kilkanaście dni użytkowania - jestem niezłym szewcem, ale w domowych warunkach fleka ze sztyftem nie wykonam), poza tym przed drugą zmianą w pracy i tak lubię się nachodzić, potem łatwiej mi spędzić kilka godzin przed komputerem (i tak nie siedzę, mam od tego ludzi, ale mimo wszystko ruchu i przestrzeni nie jest mi pod dostatkiem). W sumie nie więcej niż 7 kilometrów (do przystanku szedłem najdłuższą możliwą trasą)


Tak więc jestem na ulicy Goldhammera - Stara żydowska dzielnica, stąd na wschód praktycznie wszystko było żydowskie, poza miejscem z którego robię to zdjęcie - bo to akurat były austriackie koszary - obecnie siedziba PWSZ. 
 Warunki do fotografowania nie najlepsze, bo sień ciasna. To zresztą charakterystyczne dla domów/kamienic żydowskich. Te polskie mają szerokie bramy i obszerne, reprezentacyjne korytarze. Żydowskie zaś stawiają na użytkowość. Mniejsze przedpokoje to większe połacie mieszkań, łatwiejsze utrzymanie ciepła - choć z drugiej strony w razie pożaru znacznie trudniejsza ewakuacja.



 Nie wiem jakim cudem malunki przetrwały. Choć trzeba przyznać że osoby które remontowały sień (na ścianach wokół obrazów warstwa farby jest o dobry milimetr grubsza, czyli to jakieś cztery malowania kredówką) dołożyły starań by ich nie zniszczyć.

 Z drugiej strony spod odłupanej farby wychylają się inne elementy zdobnicze, podejrzewam że w grę wchodzą jakieś motywy roślinne charakterystyczne dla secesji pnącza itp.
Zdecydowanie nie jest to zabytek niewiarygodnie wysokiej klasy, ale jest...
Co gorsza nie znalazłem o nim nigdzie ani słowa, co sugerować może że nasi miejscy historycy przegapili ten temat. Choć wciąż jeszcze szukam w tarnovianach.

A to już podpis wykonawcy. Lwowska 5 - dzielnica żydowska, choć po stronie południowej czyli tej bardziej polskiej.
Owide - nazwisko autentyczne, w necie znalazłem osoby je noszące, oczywiście żydów, głownie w UK, USA oraz w Izraelu. W pierwszej chwili zdało mi się pretensjonalnym pseudonimem artystycznym,  typowym dla pośledniego galicyjskiego garnizonowego miasteczka. Tym bardziej iż nie jest charakterystyczne dla nazwisk nadawanych Żydom w/g nakazu Cesarza Józefa II z 1782r. Tak na moje oko mógł być to przybysz gdzieś z południa kontynentu, ale tego pewnie nigdy się nie dowiem.

Chciałem zaznaczyć na lokalizatorze, ale nawet Google głupieją - wszędzie tam pokazując tereny PWSZ - pełny przypadek, a jednak jakieś signum tego co się dzieje... zapominamy, wymazujemy, tworzymy nowy "lepszy" świat, olewając to co było... i smutne i głupie i beznadziejne.

Friday, December 7, 2012

Lwów 09 - varia

To już koniec moich lwowskich peregrynacji - zdjęć mam jeszcze sporo, ale takich nieoznaczonych; domów, kamienic, ulic, placów, podworców. Trudno o takim materiale napisać choćby kilka zdań, bez ryzyka że staną się przyczyną zanudzenia czytelnika na śmierć.

Mam jeszcze jedno zdjęcie - kiedyś będzie konkurs (zwycięzców poprzednich pamiętam, niestety nie zgłaszają się po nagrody) - na rozpoznanie które przedstawia Tarnów a które Lwów - póki co jednak przegapiłem czas i tej fotki z Tarnowa nie zrobiłem i muszę czekać na analogiczne warunki pogodowe aby nie psuć zabawy.

Więc mam tylko to co mam...
zapraszam 

 Pamiątka po Euro...Przyznam że lubię te kwiatowe dekoracje, choć to kicz, ale plastikowo aluminiowe z neonami były by jeszcze gorsze. Ze smutkiem konstatuje fakt że nawet we Lwowie komuna wywarła swoje barbarzyńskie piętno stawiając bezsensowny betonowy blok przy Prospekcie Wolności.
Wróciliśmy tam wieczorem - nie mam śmiałości włazić ludziom w duszę ze swoim aparatem - ale uwierzcie - coś przepięknego, grupki starszych osób pousiadały na ławkach, część gra w szachy, lub kartu, obok nich siedzą inni ... śpiewają cicho dumki. Coś niesamowitego.



 Pomnik Mickiewicza - równie pretensjonalny jak 99% innych jego pomników - Słowacki ma pośmiertną satysfakcję.

 Wreszcie koloryt!!!!
W natłoku posowieckich gratów i zachodnich "fur" sprowadzonych przez nowobogackich (Ukraina nie dorobiła się jeszcze swojej warstwy średniej) wreszcie autko na którym można zawiesić wzrok i ... strzępy ubrania ;-) . Przyznam że sam chciał bym mieć takie!!! Myślałem o przerobieniu Skody naszej starej na takie cudeńko (ze względu na liczbę wklęśnięć, odrapań i ubytków w sam raz by pasowała) ale Marzenka jest przeciw.


 A to akademia suchoputnych wojsk... zakładam że suchoputne to lądowe...
w każdym razie wystawkę mają świetną -  wzdłuż ogrodzenia, co kilkanaście metrów stoi przeróżny sprzęt służący do odbierania życia... swoim załogom.
Mam alergię na mundury (zwłaszcza te z deklem od czapki wielkości anteny satelitarnej),
Pojęcie "inteligencja wojskowa" uważam za oksymoron, a im bardziej posowiecka jest ta inteligencja tym oksymoron wydaje się wyraźniejszy - ("nasza" armia jedynie dzięki krwi przelanej w Iraku i Afganistanie zdołała nieco odmienić swoją kadrę oficerską, aczkolwiek nie mam pewności czy była to cena którą warto było płacić, skoro i tak w razie rzeczywistej potrzeby obrony naszego terytorium nie była by w stanie stawić oporu dłużej niż kilka dni i to pod warunkiem że najeźdźcy by się nie spieszyło).
No ale dość o nas - popatrzmy jak dumnie ów tank szczerzy lufę na pohybel boroga (wroga).

Ale Lwów żegna nas ... Feniksem!!!!
I to jest naprawdę bardzo optymistyczne zakończenie dnia.

Potem podczas powrotu było już deczko gorzej - kierowca Ukrainiec stwierdził: "ja Tarnawa nie znaju, nie wjadu, mnie nikto nie gawarił szto nada w Tarnow jechat" i wysadził nas... na obwodnicy - trzy kilometry marszu do dworca... jjm... nie rozwinę skrótu ale to bardzo brzydki zwrot.

Niniejszym ostrzegam przed firmą Wencel tourist  - bo zajawka ich strony: "Wencel-Tourst to krakowska firma transportowo-turystyczna świadcząca usługi w Europie. Regularne kursy do Lwowa i Kijowa luksusowymi autokarami." mówi prawdę jedynie co do tych kursów - cała reszta zwłaszcza "luksusowość" ich autokarów to już czysta baśń... 
Co oczywiście nie zmienia faktu że jeżdżą tanio i szybko - więc jak dla mnie OK, ale na komfort nie liczcie. 

No dobrze - kończę już. 
 

Friday, November 23, 2012

Lwów 08 - Sobór św. Jerzego

W dzieciństwie ogromne wrażenie robił na mnie malunek św Jerzego wtłaczającego kopią smoka na powrót w czeluście piekielne, widniejący w prawej komorze transeptu kościoła O.O. Misjonarzy w Tarnowie. Obecnie malunek ten został poddany tak gruntownej renowacji że... już nie budzi moich wrażeń.
W każdym razie wizja jest nader sugestywna, dynamiczna, brutalna rzec by można - gdyby o anioła nie szło. Bo w końcu anioł i brutalność to dysonans (podobnie jak gentlemen i brutalność - a jednak Bond który brutalnie posyła do piekła gromadki przeciwników, nie budzi w nas poczucia rozdźwięku poznawczego), czyli albo Bond jest aniołem, albo cechą anielską jest bycie gentlemanem ;-) .

Podobne przedstawienie - o wiele bardziej sugestywne bo w 3D mamy we Lwowie.


Warto zwrócić uwagę na fakt że Św. Jerzy co prawda łamie wszelkie kanony walki konnej z użyciem broni drzewcowej (puścił cugle, ciało przeniósł na lewy bok konia, oręż trzyma oburącz), ale to co czyni... trudno nazwać walką!
Spójrzcie grot lancy jest uniesiony w górę! On nie godzi w smoka, On go tłucze drzewcem. Smok (znaczy Szatan uosobiony) to nie jest przeciwnik godzien użycia ostrza, to śmieć, odpadek upychany niczym kawał papieru toaletowego do rury kanalizacyjnej... na miejscu Nergala bym się teraz pochlastał...

I tylko ten koń niczym z Szału Podkowińskiego nadaje całej scenie... hmmm... nie wiem czy powinienem...
z deczka erotyczny posmak.


 Także tam zasuwamy per pedes a z rynku jest kawałek drogi.
W między czasie niebiosa się otwarły i wyjrzało słoneczko - z jednej strony fajnie, można zdjąć co nieco z siebie (ale potem i tak trzeba to nieco co taszczyć przytroczone do plecaka - więc zysk ciężaru iluzoryczny).
Z drugiej też - zdjęcia ładniejsze wyjdą
Z trzeciej już mniej - pić się chce
Z czwartej - mamy w plecakach całe litry coli made in Biedronka
Z piątej - ale jak dużo pijesz to i sikać ci się chce coraz częściej, a nie jest dobrze zamiast po zabytkach i uroczych zaułkach wzrok kierować jedynie ku tabliczkom "WC"
Z szóstej - i tak wypocimy ale strona szósta ma i podstronę - bo jak się wypocisz to raz że zapach niemiły to jeszcze mokro pod pachami i na grzbiecie...
Czyli jak się nie obrócisz... (każdy wie o co chodzi) zawsze z tyłu
ja stawiam że to coś to... plecak a Wy?

Ps. A kto powiedział że medal ma tylko dwie strony? 
Może akurat ten projektował pogrobowiec kubistów?

A propos Jury - w Rosyjskim Jury niet - oni maja Dżordża - znaczy to że ów Jura to taki jakby mniej rosyjski a bardziej nasz...
I prawilno
Bo Sobór Św. Jury to katedra Grekokatolików.
Przez czas jakiś od 1946 - do 1990 prawosławnym przez władze komunistyczne oddana.


 Jak łatwo dostrzec barokowo rokokowa fasada robi przytłaczające wrażenie.
Starożytność pozostawiła nam piękne bazyliki, których jednak trudno odróżnić od budowli poświęconych bogom pogańskim - zapewne wiele z nich onegdaj im właśnie poświęcone było.
Oryginalnie na potrzeby chrześcijaństwa stworzono styl romański - nie powiem klasa sama w sobie.
Szczytem osiągnięć w budownictwie sakralnym  był Gotyk.
Barok to górowanie ludzkich ambicji nad sacrum miejsca.
Rokoko... prędzej pawia puścisz niż przełkniesz....
na szczęście jesteśmy przed obiadem...

I wreszcie coś ciekawego pustelnik...


 Skądże ów święty biedaczyna w tym miejscu? - A to proste - jeszcze w XIII wieku na wzgórzu tym swe jamy pustelnie wygrzebane (czy jacyś speleolodzy badali owo wzgórze, bo mi wygląda że tam jaskinie być powinny?) mieli pustelnicy. Ot szczwane bestie - pustelnicy a do miasta rzut kamieniem, więc i zapewne pielgrzymów z darami nie brakowało (ależ cynik ze mnie). A jak białogłowa ofertę odtrąciła, to można było iść na "pustelnię" i tak długo pościć aż tamtej serce zmiękło lub... inna jakowaś się była pojawiła ... (wstydź się Maciej, takie bezeceństwa o świętych wszakże ludziach wypisujesz...- no wstydzę się i co dalej?)


Ps - Czy miejsce warte jest zobaczenia ?  O TAK WARTE!!!!
po prostu wisielczy mam dziś nastrój 

Monday, November 12, 2012

Rozpacz i pamięć

Wcale nie chciałem znaleźć się w tym miejscu o tej porze - szedłem do pracy - korzystając z odcinka czerwonego szlaku poprowadzonego wokół Tarnowa - ze Zgłobic, poprzez Zbylitowską Górę aż po Mościce.Po prostu tak się złożyło.

W Zbylitowskiej Górze jest miejsce straszne, miejsce które nigdy i nigdzie nie powinno mieć swojego miejsca, ani swojego czasu. ale jest...

Spora grupa (coś koło setki mężczyzn i chłopców) Żydów pogrążonych w modlitwie. Z dala słyszałem ni to śpiewy ni zawodzenie, najprościej chyba to ująć w słowach wyśpiewana skarga. Dojmujące uczucie.
Nie podchodziłem bliżej, kto mi dał prawo by zakłócać ICH modlitwy swoją obecnością? 


 Kierując się szerokim łukiem okrążyłem modlących się i wróciwszy na szlak poszedłem do pracy.

Na drugi dzień przyjechałem tu z rodziną.
To co zastaliśmy było jeszcze bardziej dojmujące, ale już bez komentarza niech zdjęcia mówią same za siebie.







 


Monday, October 29, 2012

Lwów 07 - Rynek

Rynek we Lwowie nie zachwyca. Owszem ładny, ciekawy ale tak naprawdę to tylko duży plac w środku miasta. Życie towarzyskie, społeczne, kulturalne czy polityczne toczy się na Prospekcie Wolności ( Swabody). Tymczasem w rynku wciąż zatrzymują się tramwaje. Gdzież mu tam salonu towarzyskiego. wielkiej knajpy i sali koncertowej jakie tworzą rynki Krakowa, czy Tarnowa. Nie jest to nawet wizytówka konserwatorów i urbanistów na modłę rynku wiedeńskiego. To po prostu duży plac w środku miasta.

Owszem ratusz monumentalny, owszem kafejki, sklepiki, suweniry, fontanny, posągi, ławeczki dla zakochanych... Niby wszystko jest a czegoś brakuje... klimatu.

Brakuje przestrzeni. Brakuje sytuacji takich że gdy ktoś śpiewa lub mówi na jednej z pierzei, to wystarczy kilka kroków by móc widzieć kto i co. Jest kilka urokliwych zakątków, ale brak całości. Rynek we Lwowie nie łączy. Nie otwiera perspektyw, Nie zmusza do wzięcia udziału w życiu miasta. Ot taki duży plac...


 Pamiątki po czasach gdy była tu Polska właśnie.
Żeby nie było nieporozumień - rynek się od tamtych czasów nie zmienił.

 Podobno to ewenement z tymi tramwajami na skalę europejska. Nie mam pewności - ale fakt faktem że w żadnym innym mieście czegoś takiego nie widziałem.

 Lwia ławeczka - ustawiają się do niej kolejki, musieliśmy czekać na swoja w przerwie między zdjęciami reklamowymi a nowożeńcami - w ogóle nowożeńców mnóstwo - na szczycie Starego Zamku też mieli sesje - aczkolwiek zgubiła ich niecierpliwość - bo wtedy słońce jeszcze było kiepskie (teraz tez nie najlepsze, ale zaczyna wychodzić zza chmur)

 Ot właśnie takie za ciasne klimaty

Co z tego że pięknie, skoro krępuje?
Rynek musi mieć perspektywę
(Tak wiem z perspektywy mieszkańca Tarnowa, wychowanka Krakowa - to mi fajnie o perspektywach mówić, zwłaszcza gdy inni w innych miastach takich perspektyw nie mają...
No ale np. w Zamościu to też mają ekstra rynek! ) 

Monday, October 22, 2012

Węgierscy Królowie w Tarnowie

Czas przerwać Lwowskie peregrynacje, aby nazbyt długo eksploatowany temat nie nudził - ale jeszcze do Lwowa wrócę.

Dziś słów kilka o Węgierskich Królach w Tarnowie. Tarnów to w ogóle kosmopolityczne miasto (dopiero komuna zrobiła tu czystki etniczne i do "naszych" czasów przetrwała tu garstka Żydów i Węgrów ) Prócz Polaków żyli tu oczywiście Żydzi, ale też Węgrzy, Ormianie, Niemcy a nawet... Szkoci (byłbym zapomniał o Czechach, Słowakach, Mołdawianach, Hucułach czy Łemkach - pewnie temu że i tak traktuję ich jako krajan). W każdym razie konkretna mieszanka.
A przecież Tarnów to nie tylko miejsce ich życia ale i ważne dla wielu narodów miejsce historyczne. Tu np. rezydował podczas zawieruch towarzyszących końcowi I W. Światowej Rzad Ukraińskiej Republiki Ludowej, tu swą siedzibę miał Ataman Petlura. To zresztą dość znane fakty. Natomiast mało kto wie że w tarnowskim zamku rezydował przez pewien czas sam Król Węgier Jan Zápolya. Było to o tyle niezwykłe że zamek ten nie był przecież królewski ale hetmański. czyli zaszczyt dla Tarnowskich uczyniono wielki, z drugiej strony bacząc na osiągnięcia, zasługi i świetność Tarnowskich za ród równy królom uznać trzeba. 

Ale nie z czasów średniowiecznych pochodzi figura która dziś pokazać pragnę. Ta jest kilkaset lat młodsza. 
Znajduje się przy ulicy Okrężnej, czyli w sercu dawnych Gumnisk, dzielnicy (wówczas wsi podmiejskiej) rodzinnej tak dla Sanguszków jak i dla ...mnie ;-). 




Słup niespecjalnie ozdobny - figura drewniana (prosi o konserwatora), prawdopodobnie koniec XVIII lub początek XIX wieku. Czyli powstać musiała za wiedzą i zgoda a być może na życzenie Xięcia Sanguszki, choć dziś trudno dociec przyczyn jej powstania. Być może chodziło o gest w stronę społeczności Węgrów w Tarnowie, być może był to zwykły ludzki odruch wiary, albo osobiste zobowiązanie, a może wszystko na raz. Ważne że jest, że jest ciekawa, że czasem ktoś o niej pamięta (aczkolwiek plastikowych kwiatów podlewać nie trzeba)...