Stało się - jesteśmy w kolejnej podróży. Nie obyło się bez przygód. Za przyczyną niewyjaśnionych do dziś zdarzeń, spóźniliśmy się na autobus do Warszawy. Niby zawsze zdarzają się nam jakieś tego typu przygody, ale zazwyczaj pod koniec podróży czy rajdu a tu na samym początku, właściwie na początku początku. Prawdę powiedziawszy taki wstęp nie nastraja optymistycznie, z drugiej jednak strony...wycofać się? Pewnie gdyby z pół godziny nie jechał kolejny PKS to byśmy zrezygnowali, ale skoro jechał...
Dlaczego podróżujemy?
Sam nie wiem, pewnie dla tego podróżujemy że są miejsca do których podróżować warto. To trochę jak z himalaistami - wspinają się bo...są góry. Podróżujemy bo to nas pociąga. Mogę jeździć poobtłukiwanym samochodem, ubierać się w tanie ciuchy, jeść bez smakoszowskich wymagań, ale na książkę i podróż pieniądze znajdą się zawsze. Mam niewiarygodnego farta w życiu - moja żona czuje to samo.
Skoro więc znalazł się inny autobus...jedziemy. Prawie od razu po zajęciu miejsc zasypiam, taki nawyk z pracy - śpię kiedy można, a kiedy nie można lub nie warto wtedy potrafię spać bardzo mało, albo zgoła wcale. Co innego Marzenka, ona prawie wcale nie spała, dla niej te kilka godzin (wyjazd 23 50 w środę w Warszawie przed świtem) musiało się dłużyć. Na miejscu wsiadamy w taksówkę o 4 nad ranem trudno liczyć na inny środek lokomocji, zdzierca domaga się 30 zeta za podwiezienie na lotnisko...nie bardzo mamy wybór.
Dlaczego podróżujemy?
Sam nie wiem, pewnie dla tego podróżujemy że są miejsca do których podróżować warto. To trochę jak z himalaistami - wspinają się bo...są góry. Podróżujemy bo to nas pociąga. Mogę jeździć poobtłukiwanym samochodem, ubierać się w tanie ciuchy, jeść bez smakoszowskich wymagań, ale na książkę i podróż pieniądze znajdą się zawsze. Mam niewiarygodnego farta w życiu - moja żona czuje to samo.
Skoro więc znalazł się inny autobus...jedziemy. Prawie od razu po zajęciu miejsc zasypiam, taki nawyk z pracy - śpię kiedy można, a kiedy nie można lub nie warto wtedy potrafię spać bardzo mało, albo zgoła wcale. Co innego Marzenka, ona prawie wcale nie spała, dla niej te kilka godzin (wyjazd 23 50 w środę w Warszawie przed świtem) musiało się dłużyć. Na miejscu wsiadamy w taksówkę o 4 nad ranem trudno liczyć na inny środek lokomocji, zdzierca domaga się 30 zeta za podwiezienie na lotnisko...nie bardzo mamy wybór.
Tuż przed odlotem, za chwilę każą wyłączyć wszystkie urządzenia nadawczo odbiorcze.
Odprawa z terminalu Etiuda - szumna nazwa, usiłuje ukryć...prowizorkę, a te jak wiadomo w Polsce są najtrwalsze. Nawet konstytucję dziesięcioleciami potrafimy mieć prowizoryczną
Nad Okęciem wstaje świt...
Wisła z lotu ptaka
Podejście do lądowania w Trondheim to poezja sama w sobie. Samolot powoli opada, pod skrzydłami zaczynają majaczyć góry i nagle...nagle otwiera się przestrzeń wody, szaro błękitne fale staja się coraz wyraźniejsze, schodzimy wzdłuż fiordu więc z prawej i lewej strony samolotu witają nas wysokie klify a pod nami woda, umykająca z przerażającą prędkością. Jest coraz niżej, już można odróżnić szczegóły na brzegu, zwalniamy i samolot wykonuje zwrot dookoła wciąż tylko sama woda i...łups! Koła dotknęły pasa...który jest wypuszczony w zatokę, więc żaden z pasażerów nie może go podczas lądowania zobaczyć. Łagodne hamowanie i po kilku minutach samolot staje opodal terminalu.
Taśmociąg jest tylko jeden więc nie ma potrzeby tak jak na Okęciu wyszukiwać akurat swojego, zaczynają wjeżdżać walizki, troleje, torby i plecaki...
i jadą, i nawracają...
a naszej torby nie ma!
wciąż jej nie ma!
Wieźliśmy tam prowiant dla siostry Marzenki i jej przyjaciółki Marty, które tu studiują i w zamian udzielą nam kilkudniowej gościny.
Ale torby nie ma!
Wewnątrz było 19,5 kg (w/g wskazań lotniskowej wagi) prowiantu; mięsa, kiełbas, konserw ... pewnie jakiś narkopies wyczuł co jest grane i powiadomił odpowiednie służby...ale wtedy powinni nas zahaltować już na Okęciu...diabli wiedzą.
Nagle JEST !!!!
Kamień spada nam z serca.
Przed nami jeszcze kontrola bagażowa - kierujemy się do bramki "nic do oclenia" (a co?) i idziemy. Przed nami Norwescy celnicy zapraszają (jak to ładnie brzmi, zwłaszcza gdy ofiara i tak nie ma wyboru) kilka osób do bardziej szczegółowej kontroli, ale nami nie interesuje się nikt.
Nagle uruchamia się głośnik damski głos usilnie domaga się by pan "Nowakki" zgłosił się w sali odpraw...tak mi się zdaje że chodzi o pana Nowackiego tylko obsługa lotniska z lenistwa, czy też arogancji nie zadała sobie trudu by przyswoić sobie fonetykę polskich nazwisk...
Kilkanaście metrów i jesteśmy na lekko pochyłym korytarzu który prowadzi wprost przed terminal. A tam już czeka rządek Fllybussów - autobusów przeznaczonych do jazdy z lotniska i na lotnisko - niskopodłogowych z ogromnymi półkami na bagaże pośrodku pojazdu i w dolnej jego części. Pokazujemy kierowcy kartkę z miejscem do którego chcemy jechać "studentensamtfundet", z uśmiechem odsyła nas na miejsce. Po chwili patrzy w ekran - Flybussy mają kamery nie lusterka - takie dziwactwo, ale chyba funkcjonalne i skonstatowawszy iż większość miejsc jest już zajęta, wstaje obchodząc wszystkich pasażerów i sprzedając bilety - można płacić gotówką ale można też...kartą (przenośny terminal). Za moment ruszamy...
A na miejscu...pada, zimno, wieje jak diabli a ichniejsi związkowcy ogłosili sobie...strajk!
Szybka wymiana esemesów (kolejne słowo które musi zabić każdego germańca, szybciej niż seria z radzieckiej pepeszy) z Elą, która także już wie że kierowcy autobusów sobie strajkują. Dziewczyna staje na głowie i organizuje nam transport - w końcu Polacy są wszędzie...
Gdy oczekujemy nań podchodzi do mnie jakaś Norweska dziewczyna i uprzejmie informuje mnie że akurat mają strajk i że autobusy nie kursują, równie uprzejmie odpowiadam jej "aj noł"...
Ja rozumiem dobrą wolę Norweżki itp. ale załóżmy że nie ma tu Eli a my nie mamy transportu, to co w takiej sytuacji miał bym robić? Dreptać pieszo, kilka kilometrów w deszczu z 30 kilogramami źle rozłożonego bagażu na grzbiecie? Czy czekać, aż związkowcom przejdzie i wrócą do pracy?
Za chwilę z piskiem opon i jękiem klaksonu (polska fantazja w damskim wykonaniu) podjeżdża samochód, a my pakujemy się do wnętrza - dopiero podczas jazdy uzmysławiam sobie jak bardzo rozwleczone jest to miasto i ile by trzeba było iść by dowlec się na miejsce, zwłaszcza jeśli nie zna się terenu i nie sposób skorzystać ze skrótów.
Wraki
Tym co najbardziej mnie uderzyło zaraz po przyjeździe na miejsce były ...wraki. Nie samochodów jak w Macedonii, ale rowerów. Było ich dużo, naprawdę dużo.
Ciekawią mnie tylko te rowery niekompletne, czy właściciel zabrał zdefektowaną część do domu w celu naprawy? Czy też przypiął rower kompletny, a części zniknęły bo...akurat były komuś potrzebne?
Jesteśmy na miejscu. Akademiki duże, wygodne, przestronne, funkcjonalne i ...całkiem nie jak akademiki! W pokojach zapalić papierosa...zasadniczo wolno, tyle że wszędzie są czujki dymu i nim się go wypali to przyjadą chłopcy z gaśnicami i zrobią z tym porządek, wyznaczone miejsce tuż przy wejściu, nie zapewnia należytego komfortu - jakie to szczęście że palenie rzuciłem kilka tygodni wcześniej...
Powitanie, coś do jedzenia, kawka i ...w drogę, jesteśmy tu by poznawać teren, nie by siedzieć w pokojach. Pamiętam z czasów swoich uczniowskich organizowane przez szkołę rajdy - niby było fajnie ale ta konieczność siedzenia na tyłku, choć wokół tyle ścieżek którymi wartało by przejść - ale opiekunowie tak to sobie ułożyli...teraz gdy jestem starszy, to lepiej domyślam się ich damsko męskich motywów, ale wtedy byłem wściekły.
Wyruszamy w czwórkę - my oraz siostra Marzeny Ela i jej przyjaciółka ze studiów Marta w roli przewodniczek.
Siąpi, w zasadzie to trudno powiedzieć czy deszcz pada, zmysły nie rejestrują kierunku ruchu wody - ona tu po prostu jest w powietrzu. Ze zdjęć będzie kicha, ale co nieco uda się zrobić, na artyzm nie ma co liczyć tyle że jako dokument będzie w sam raz.
Architektura
Zasadniczo architektura Norweska jest; nudna, zimna i bez polotu, z drugiej strony, jest czysta, funkcjonalna i ...komponuje się z surowością otoczenia.
Wszędzie ogromne place i trawniki, tu nikt nie liczy się z przestrzenią.
Piłka Nożna
Akurat w pierwszym dniu naszego pobytu, miał się odbyć mecz, nawet nie wiem na jakim szczeblu i o co, prawdę powiedziawszy piłkarstwem interesuje się tyle że umiem kopnąć piłkę, gdy trzeba pograć z Mikołajem.
Tu mecz to święto! Spodziewałem się tego po Włochach, Hiszpanach itp. ale nie po norwegach - tymczasem wygląda to tak - na wiele godzin przed meczem całymi rodzinami zjeżdżają się kibice, w barwach swoich klubów z emblematami i idą na...obiad i zakupy - restauracje i sklepy mieszczą się pod trybunami. Są krzyki, gwizdy trąbki i spokój - świetna zabawa dla całej rodziny - chyba też jedyny raz przy takich okazjach Norwegowie popuszczają sobie rygorów i parkują byle gdzie jeśli ogromne parkingi już nie są w stanie ich pomieścić. Nigdzie nie widać ochroniarzy ani policji, pewnie gdzieś są, ale ich obecność jest dyskretna.
Nie brakuje podchmielonych (to ciężki wysiłek wlać w siebie tyle...wody - bo trudno ichniejsze piwo nazwać inaczej), ale wszędzie atmosfera świetnej zabawy - pozazdrościć...
Pozazdrościć też stadionów...
Donald I Cudotwórca
więc stadiony będziemy mieć jak sobie sami zbudujemy...
Powoli zbliżamy się do starszych części miasta.
Jesteśmy pod Studentensamtfundet - czerwony okrąglak z dobudowanym piętrowym pawilonem - architektoniczny koszmar, na plakatach przed wejściem plakaty zachęcają do obejrzenia jakiegoś filmu, takie same w Polsce zachęcają do tego samego...w przyziemiu knajpka turecka albo włoska, trudno się zorientować, trzeba by wejść ale ceny już z daleka zniechęcają.
Przed nami most Elgeseter na rzece Nidelvie (nawet ładna nazwa jak na Norwegię)
Mury pałacu arcybiskupiego - będziemy na dziedzińcu, wtedy napiszę więcej.
Nidaros - Katedra w Trondheim
Szalenie ciekawy obiekt, powstawała w kilku etapach, na co wskazuje brak osiowości tej budowli, gdyż do starego kościoła halowego z absydą dobudowano transept i nową już bazylikową nawę. Stanowi Narodowe Sanktuarium Norwegów, co zresztą w tym zlaicyzowanym społeczeństwie nie znaczy praktycznie nic, co najwyżej traktowane jest jako cel wycieczek, na co zdaje się wskazywać położone tuż obok centrum z pamiątkami (straszliwy szajs, kicz i degrengolada - nawet biorąc pod uwagę że wszystkie sklepiki z pamiątkami, na całym świecie handlują badziewiem).
Z zewnątrz Katedra jest wspaniała - nie dziwi to zważywszy że budowali ją katolicy, natomiast wnętrza...desakralizacja to opis naukowo badawczy, mi cisną się na usta słowa o zamordowanej duszy! Sowieckie bydlaki urządzały w świątyniach składy nawozów i magazyny materiałów budowlanych, duszy nie zamordowały, bo dusza przeżyła w wiernych, protestantyzm zabił tę duszę w ludziach. Dziś ogołocone ze wszystkiego, choć nadal piękne, zdobione kamienną sztukaterią mury katedry są zimne. Zapomnijcie o zabytkach! Poza organami nie ma tam już nic starego, protestanci wyrzucili i zniszczyli wszystko dzieła dokończył ogień...Odrestaurowano ją 100 lat temu
Surowe wnętrza wcale nie zbliżają do Boga.
Wieczorem miał tam być koncert...ładnie prawda?
Porządku mszy nie znalazłem nigdzie - choć dziś w duchu ekumenizmu modlą się tam luteranie (4300 wiernych i czterech kapłanów), Rzymscy Katolicy, Koptowie i Anglikanie...
Znaleźliśmy stolik i karteczki na których można wypisać intencje...nawet nie było w pobliżu skarbonki na datki - we Włoszech byłby to grzech zaniedbania ze strony kustosza obiektu - który na pewno nie został by przez jego przełożonych tak łatwo odpuszczony...
Mimo wszystko szkoda że wewnątrz nie można robić zdjęć...
A za moimi plecami coś jakby muzeum (galeria) malarstwa - nie wiem co dokładnie bo zamknięte - może to i dobrze że zamknięte?
Szkoda że taka piękna budowla jest...wydmuszką.
Idziemy w kierunku morza, do starej dzielnicy mieszkalnej, tu już panuje zwarta zabudowa, uliczki wąskie, nawet przytulne. Ale po kolei.
Prócz pustki duchowej na placu przed katedrą spotykamy też osobę która...na pewno nie ma duszy pustej. Pośród tych wszystkich programowo zadowolonych z życia ludzi, udało mi się dostrzec...CZŁOWIEKA!
Zdjęcie dedykowane CORowi z forum Wojtka Cejrowskiego
Idziemy ulicą Munkegata po drodze często spotykając dowody na norweski brak gustu.
Wreszcie jesteśmy, trudno powiedzieć że na miejscu, bo to miejsce to spory szmat terenu zastawiony drewnianymi domkami, i murowanymi budynkami różnego przeznaczenia, ładniej tu niż w "nowym" Trondheim, a domki przypominają dekoracje do bajek Andersena - który przecież w takiej samej scenerii umieszczał swoich bohaterów.
Osobną kwestia jest ścieżka jaką podążała myśl by pręgierz umieścić przy ścianie kościoła...szpitalnego! Niechlujstwo? A może celowa chęć wywołania skojarzeń że choroba jest karą za grzechy...coś mi tu za bardzo kalwinizmem zapachniało...
I druga twarz tego miasta - ziszczenie snów każdego włóczęgi
A to już port, nazwijmy go "turystycznym" - bo stąd odpływają stateczki wycieczkowe - znaczy się odpływają jak jest sezon - teraz uznano że sezonu już nie ma i nie odpływają
No jest i świeżyzna...!
A teraz będzie akt!
Akt uzurpacji!
Powiem szczerze że jako zodiakalny koziorożec mam zamiłowanie do faunów - w końcu mój znak utworzył przeniesiony na nieboskłon przez Zeusa bożek Pan - czyli taki szef wszystkich faunów - pijak i lubieżnik o złotym sercu, leniwy ale i bardzo dzielny kiedy trzeba było, co zresztą przypłacił życiem...
Znów Trondheim Torg
i pomniczek...babci?
Kocham Babcię Marzenki, to cudowna i święta kobieta.
Sporo tu mieszczańskiego pseudoluksusu ale i tak jest to jakaś odmiana po oschłym klimacie reszty miasta. W tym miejscu skonstatowałem że to także jedna z nielicznych wystaw w Trondheim...
Później dowiedziałem się że Norwegowie celowo nie gaszą świateł na korytarzach i w przedpokojach, bo zgaszenie światła oznacza że...ktoś umarł.
Ba a ja gasiłem za każdym przejściem...jak ktoś patrzył to sobie pomyślał że tu się musi jakaś antyczna tragedia rozgrywać...
Śpimy na koszmarnie miękkim materacu, ale mikroklimat w pokoju jest super, ogrzewanie dyskretnie nie pozwala na hipotermię, ale tylko w granicach rozsądku, czyli trzeba się zawinąć śpiwór.
Skandynawia przygotował nam na ten jeden dzień prezent - piękną słoneczną pogodą - zdjęcia wyjdą całkiem przyzwoite
Zaraz po przebudzeniu toaleta i kawa - inni jeszcze śpią, nie mam nic do poczytania, usiłuję studiować angielskojęzyczne podsumowania przewodników pisanych po norwesku...kiepsko mi idzie. Ale wkrótce budzą się dziewczyny. Jemy śniadanie i na szlak.
I żeby było jasne - nie mam nic przeciwko temu nagrobkowi, drażni mnie tylko głupota pozwalająca nie dostrzegać zbrodniczości socjalistycznej ideologii w jej komunistycznym wydaniu.
Ale mniejsza o samochody - patrzcie na fiord! Zdjęcie zrobione z kładki dla rowerzystów i pieszych, która następnie przekształca się w ścieżkę prowadzącą na sam brzeg...
Ela i Marta, poszły na dwu godzinne wykłady, zostaliśmy sami z Marzenką i poświęciliśmy ten czas na penetrację okolicy.
Ponieważ uczelnia także stoi nad samym brzegiem fiordu, a ponadto sąsiaduje z terenami zielonymi, w których podczas lunchtimu odpoczywa kadra i studenci, przeto właśnie tam postanowiliśmy poczekać. Znakomicie zresztą ułatwiają to stoliki umieszczone na brzegu, doskonale wkomponowane w krajobraz.
Ledwie zdążyłem do tego zdjęcia - czas samowyzwalacza - 10 sekund (długi lont...ale nie tu), nie jestem kozicą, przy każdym kroku groziło mi skręcenie kostki a przy odrobinie pecha i karku, ale było warto.
Jak by jednak nie patrzeć Norwegowie osiągnęli szczyty architektonicznego egalitaryzmu...poza barwą nic ich domów nie różni.
W założeniach miał bronić tego miejsca przed zakusami Anglików, ale Angole wcale nie zamierzali tu lądować. Zbombardowali stojący w stoczni pancernik Tirpitz (bliźniak Bismarcka) i nie zaprzątali sobie tymi terenami głowy. Po drodze spotykamy jeszcze inne bunkry i stanowiska artylerii p.lot...
A potem kilkadziesiąt metrów dalej, po drugiej stronie cypla, odkryłem jaskinię...
Na koniec pamiątkowa fotka i podaję tyły, dziewczyny już czekają na zewnątrz.
Pozory mylą wypuściłem się na skalny jęzor szukać ciekawostek a dziewczyny robiły mi zdjęcia.
Załóżmy że to jednak normalni kolesie dokerzy, tylko ten młodszy zalał pałę...;-)
niemały, niepiękny, w stylu kontynentalnym, tu mi się nie komponuje...
Ale doszliśmy, i po drodze jeszcze się grzybów nazbierało (w Trondheim grzyby rosną nawet w centrum miasta i nikt ich tu nie zbiera...co najwyżej kosi) i ziemniaki kupiło i na kolacje będą placki ziemniaczane w sosie grzybowym...głód ściska za serce, a tu tyle zapachów w koło...mniam.
Pojedli popili pogadali, w internecie sprawdziliśmy co w kraju i na świecie i grzeczniutko poszliśmy spać, jutro kolejny dzień wędrówki.
Pałac Biskupi
w zasadzie to nawet bardziej zamek, niż pałac, zważywszy na widoczne elementy obronne i masywną konstrukcję. Ja wiem ze biskupom jako tym którzy powinni nosić pastorał nie miecz mieszkanie w zamku raczej nie wypadało, stąd nagminne nazywanie tych budowli "pałacami" ale bądźmy szczerzy - biskup też człowiek a jak epoka rycerska była, to trudno oczekiwać że akurat kler chciał by się wyłamywać. Zresztą w Polsce mamy jeszcze okazalsze zamki i ich ruiny które stanowiły własność biskupstw. Z drugiej jednak strony co innego własność, a co innego stała rezydencja...
To chyba arsenał, sądząc po...makietach dział....które umieszczono przy wejściu.
(celowo piszę "makiety" - gdyż nawet na miano repliki, te szkaradzieństwa nie zasługują).
Widok z dziedzińca na katedrę...przyjemny dla oka.
To już chyba bardziej współczesne zabudowania.
Żeby nie być gołosłownym - tu kiedyś były pancerne, silne odrzwia chroniące mieszkańców pałacu przed napastnikami.
Kończymy już nasz pobyt w pałaco-zamku biskupim, Nie zwiedzamy ekspozycji wewnątrz, ceny są horrendalne a do zobaczenia głównie makiety, modele itp. współczesne wizualizacje. Przykro wspomina mi się wystawa z Muzeum Archeologicznego w Krakowie. Ekspozycja była właśnie importem z Norwegii na temat wikingów a poczesne miejsce zajmowały...pudełka po ciasteczkach z namalowanymi na wierzchu wojownikami w rogatych hełmach...
Mieli farta obrońcy że nie musieli się w nim bronić...
Cmentarz przy katedrze
Urokliwe stare założenie cmentarne, nie liczące się z przestrzenią, jasne i pełne ciekawej architektury funeralnej. Nagrobki same nasuwają mi skojarzenia z...Darłowem. Tam widzieliśmy przy katedrze całkiem podobne - ten sam styl, takie samo wzornictwo, podobnie brzmiące nazwiska - a jak się wjeżdża do Darłowa to w oczy wali wielki socrealistyczny monument oznajmiający że to ziemie odzyskane ... dla mnie brzmi to jak ponure szyderstwo.
Przed nami ostatnie etapy wycieczki; Marinen, spora łacha meandrującej Nidelvy, zamieniona w ładny teren spacerowy, przeznaczony też dla rowerzystów i psiarzy.
Wracamy.
Nasz czas w tym miejscu minął. Ciemnym świtem, w deszczu z tobołami przemieszczamy się pod stadion Rosenborg, tam jest pierwszy przystanek Flybussena.
Zajmujemy miejsca w pojeździe, na tym etapie jeszcze się biletów nie kupuje, kierowca zacznie je sprzedawać dopiero pod dworcem głównym, gdy wsiądzie jeszcze więcej pasażerów. Siadamy z samego przodu, by jeszcze te kilkadziesiąt minut jazdy na lotnisko sycić oczy widokami.
Dalej już normalka, odprawa bagażowa i osobista.
UWAGA !!!!
jakiś paranoik (na pewnych stanowiskach paranoja jest nawet zaletą) wpadł na pomysł że trzeba zdejmować buty i stopy przystawiać do kawałka ukośnie ustawionej sklejki i że wtedy coś tam zostanie wyczute (no ja wiem co - ale chyba automat na to nie reaguje) i zahaltowane gdybym na przykład przemycał w skarpetkach narkotyki, albo materiały wybuchowe...fakt że poza wyjęciem z pokrowców nikt nie kontrolował laptopów, aparatów ani innego sprzętu elektronicznego dobitnie dowodzi że szef ochrony jest nie tyle paranoikiem co sadystą czerpiącym zadowolenie z upokarzania podróżnych, bo wszelkiej maści zabronione materiały, mogły być bez problemu przemycone właśnie w ich obudowach. I niech mu ziemia lekką będzie.
Na szczęście debile z KE wycofali się z pomysłu skanera na każdym lotnisku - podobno dla naszego dobra, żeby nam szybciej odprawy urządzać - ależ te socjalistyczne urzędowe gnoje się o nas troszczą... Jako opcja jest do przyjęcia, jako przymus, jest kolejnym ograniczeniem mojej wolności...
Spryciule z tych wikingów - wejście do terminalu tanich linii wiedzie wprost przez...sklep wolnocłowy - nie da się dojść inaczej niż między półkami...
Chwila czekania, przyleciał samolot z Warszawy - trzy dni temu to my nim lecieliśmy, teraz patrzymy na wysiadających.
Za chwilę obsługa zaczyna wypuszczać nas na płytę, a lotnisko w deszczu...
Galeria handlowa - nowa świątynia XXI wieku - z rzeszami wiernych i ogłupionych, nawet weszliśmy do środka...ogłupiające wrażenie i do tego jeszcze widok tych ogłupiałych ludzi...przykry akcent, po udanej podróży.
Coś do zjedzenia na Dworcu Głównym - czy ja koniecznie muszę jeść tandetny kebab kupowany u Ukrainki (albo Białorusinki, lub Rosjanki - trudno poznać po akcencie) , jak bym nie mógł zjeść równie tandetnego hot doga? Ale nie ma hot dogów, zatem zajadam gumowatego hamburgera (w jego wypadku ten "ham" to bardziej od polskiego chama niż angielskiej szynki)
Bilety na intercity kupione - ciekawe tylko skąd odjeżdża, bo tego na bilecie ani na rozkładzie nie udało mi się wyczytać...zdani jesteśmy na nasłuch.
Czy Gosiewski zrobił dobrze zatrzymując pociąg we Włoszczowie? Chyba jednak tak, sądząc po ilości wysiadających tu pasażerów (kilkadziesiąt osób - a była to przecież niedziela), a rachunek ekonomiczny? - nie oszukujmy się PKP działa w/g prawa liczb urojonych i takim samym rachunkiem się posługuje.
tuf tuf taf tuf tuf taf i ... jesteśmy w domu!
Co dalej? Jak to co - plany następnych eskapad - Paryż - Zamki nad Loarą - Carnac i menhiry (Bretania) - Tunezja - rejs do Karlskrony...