Pomysł tej eskapady wyszedł od Jarka, wypatrzył ciekawą ofertę wyczarterowania łodzi, a ponieważ ma wszystkie potrzebne patenty, przeto organizacja łodzi spadał na jego barki.
My od początku potraktowaliśmy to jako; coś czego jeszcze wcześniej nie robiliśmy, czyli że warto tego spróbować.
Jeden dzień poświęcony na gromadzenie aprowizacji i...wyprawa gotowa. Jak już pisałem wcześniej, należymy do ludzi, którzy plecaki mają zawsze gotowe do drogi.
Gorzej było z dziećmi, ale kamizelki w stosownym rozmiarze udało się zorganizować, reszta nie stanowiła już żadnego problemu.
Mapa, internet, znajomi i już wiedziałem jak dojechać na miejsce. Bieszczady w przeciwieństwie do bardziej dzikich regionów kraju (Warszawskie, Śląsk itp.) mają sensowny układ komunikacyjny, wynikły z potrzeb mieszkańców, turystów i łazików. Trudno tu pobłądzić.
Tym razem nie zwiedzamy już niczego po drodze. Więc jazda trwa stosunkowo krótko, mimo iż mam "ogranicznik prędkości" wbudowany w siedzenie obok.
Bieszczady witają nas piękną słoneczną pogodą, wspaniałymi widokami i ... obietnicą przygody.
Bieszczady...
Jak zawsze niepokojąco kuszące, nawet dzieła rąk ludzkich, są tu bardziej...uduchowione.
Przystań ośrodka Jawor, dawniej teren wojskowy, niedostępny, strzeżony przez nieszczęśników z kałasznikowami na plecach, dziś sympatyczne (choć czuć tu jeszcze trepami) miejsce odpoczynku i baza wypadowa na zalew.
Podobno we wnętrzu pagórka na którym stoi kryją się wojskowe instalacje i schrony...powinni je udostępnić, byłby z tego przynajmniej jakiś pożytek. Choć z drugiej strony, może to być celowa dezinformacja, a widząc na wielu miejscach przerdzewiałe tabliczki "zakaz fotografowania" łatwo jest popaść w smutną zadumę nad ilością paranoików w LWP.
Okrętujemy się...na Tytaniku to przynajmniej stewardzi byli i orkiestra i tłumy...a tu?
Co gorsza, musieliśmy z Jarkiem jechac paręnaście kilometrów, na drugą stronę półwyspu żeby zatankować odpowiedznie ilości piwa.
W oddali Stożek 683 m npm. W Bieszczadach, jak to w Bieszczadach, wiele gór nie ma swojej nazwy, pewnie kiedyś miały, ale miejscowych przepędziła wojna i komusze prześladowania, a napływowi jakoś zapomnieli o Bożym Przykazaniu i omieszkali ponadawać im nazwy.
Ten pagór z lewej strony Stożka, mimo że jest odeń wyższy (696 m npm) nie ma swojej nazwy.
Przycumowaliśmy, to miejsce miało stać się naszą dzika przystanią na kilka dni, dla Jarka i Eli dłużej.
Wyskakujemy na brzeg, wprawdzie nocować zamierzamy na łódce, ale wieczorne życie, toczyć się ma przy ognisku. Tym bardziej że jest to regularna przystań jachtklubu i cała infrastruktura jest na miejscu - nawet kibelek kilkadziesiąt metrów wyżej.
Nie jesteśmy tu po to aby się opalać, naszym marzeniem jest opłynięcie zalewu, a raczej nie tyle opłynięcie, co wpłynięcie na każdy ciekawszy akwen i odnogę.
Pieszo zapuszczam się brzegiem zatoki Teleśnickiej, skaliste wypłukane z ziemi brzegi kusza by potraktowac je jak trampolinę...może jak bym był młodszy to dał bym się skusić...ale jestem już za stary na taki wygłupy
A potem czas na bardziej bezpośredni kontakt z wodą.
Woda jest wyraźnie cieplejsza od powietrza i przyjazna.
Dziewczyny przygotowały porcje, Jarek kije do pieczenia.
Piwa nam nie zabraknie. radości też. Dzieciaki odmawiają samodzielnego snu i to jest największy feler imprezy. Jarek z Elą zostają przy ognisku, mu schodzimy do łodzi żeby uśpić chłopców, ale jak to najczęściej bywa, usypiamy przy okazji samych siebie.
Nazajutrz, pogoda psuje się w sposób wyraźny, leje, mży i cieknie, do tego nieprzyjemny zimny wiatr.
Wypływamy mimo wszystko w dobrych nastrojach.
po kilku godzinach męczącego, nie dającego satysfakcji rejsu, dobijamy do przystani na obiad.
gorący ryż z konserwa mięsną i kawa, poprawiają nam humory. Przebiwakujemy tu do jutra, wieczorem ognisko, piwko i kiełbaski, ale decyzja już zapadła.
Jeśli pogoda się nie poprawi, to Marzenka dzieciaki i ja, wracamy do Tarnowa. Jarek i Ela zostają.
Na szczęście, pod wieczór pogoda poprawia się na tyle że Mikołaja można wyekspediować na brzeg, żeby pobawił się w budowanie zamków. Miłosz jeszcze jest na tyle mały, że zadowala się byle czym.
Szykujemy z Jarkiem ognisko. Najprawdopodobniej już pożegnalne, jak dla nas. żadne znaki na niebie i ziemi nie wskazują, by pogoda miała się poprawić.
Pogoda nie poprawiła się - ostatnie fotografie i smutnie zmierzamy do Jawora.
Po drodze jeszcze mija nas statek wycieczkowy z Soliny - pasażerowie, machają nam w pseudo żeglarskich pozdrowieniach i pstrykają zdjęcia. Zaczynam rozumieć co czują tubylcy, obfotografowywani przez turystów i wcale mi się to nie podoba. Jarek burczy coś pod nosem o małpach z aparatami, gawiedzi i szczurach lądowych, ale z cynicznym uśmiechem odmachuje im rękami. W sumie to nie ma się co dziwić, pogoda parszywa, w tej chwili jesteśmy na zalewie jedną z nielicznych atrakcji.
Szkoda, ze nie dane nam było zrealizować swoich zamierzeń, ale dobre i to co się udało. Nie pioerwszy raz pogoda pomieszała nam szyki, gdybyśmy byli sami, pewnie kontynuowalibyśmy przygodę, ale zwycieżyła odpowiedzialność za dzieci.