Wednesday, June 17, 2015

Dwódniówka na pogórzu Rożnowsko Ciężkowickim

Miałem ostatnio zaszczyt, przyjemność i nieukrywaną radość być opiekunem grupy szóstoklasistów podczas ich ostatniej klasowej wycieczki. Idiotyczne reformy Wiatra i jego czerwonej ekipy w MEN spowodowały że zabrano tym młodym ludziom trzy lata wspólnoty klasowej w zamian za mgliste i przedwczesne obietnice "specjalizacji" (tak jak by w tym wieku oni już myśleli co będą chcieli robić jak dorosną - może 1 % z nich... a reszta?! No ale lewe syny się ta resztą nie interesują - ważna jest idea!)

Tak czy siak, miałem szczęście być tam z nimi, w końcu jakiś czas już ich znam i bywałem z tą klasą czy to na ogniskach, czy na krótszych wycieczkach. W zaufaniu Wam powiem że to NIESAMOWITA ekipa!!! Nawet scenarzyści z Hollywoodu by fajniejszych postaci nie sprokurowali.

Postanowiłem jednak dać im solidny wycisk i w porozumieniu z Wychowawczynią klasy wymyśliliśmy program, który spokojnie mógł by zmęczyć nawet wytrawnych turystów.

Dzień pierwszy - wyjazd - i jazda do... no właśnie - pierwsze miały być Tropie ale kierowca - skądinąd fajny i zacny człek liczył że ja będę go pilotował, a ja z kolei nie nawykłem do pilotowanie kierowców bo przyzwyczaiłem się do jazdy z tubylcami którzy trasy znają tysiąc razy lepiej ode mnie. Tyle że tym razem kierowca był z Gorlic...

Koniec końców pokonaliśmy szlak, którym bał bym się jechać nawet rowerem... i zajechali do Rożnowa ;-D



Na zaporze - powiedzmy punkt zerowy wycieczki



Punkt pierwszy - Zamek "Wysoki", zwany też Zamkiem Zawiszy Czarnego, lub Zamkiem Rożnowskich - malownicze ruiny, kiedyś skrywane przez gęste drzewa - dziś w procesie "odbudowy" prywatny właściciel, chce tu zrobić coś na kształt Wytrzyszczki z jej "Tropsztynem" -  szczerze mówiąc takie coś będzie makietą wyobrażeń na temat zamku tyle że w skali 1:1 ...
Z drugiej strony, dla 99% turystów na pewno to będzie ciekawsze niż oglądanie sterty kamieni które nic im nie mówią.


Pałac Stadnickich - do podziwiania z zewnątrz...

 A my wolimy być wewnątrz i dlatego mamy punkt 2 eskapady - beluard Zamku "Niskiego" zwanego poprawniej Zamkiem Renesansowym, lub Zamkiem Tarnowskiego.
Ps. Kiedyż tu spałem - namiot nam się podarł i nie bardzo był wybór w deszczową noc - zresztą nie byliśmy sami.

 A to już budynek bramny, tegoż zamku a ściślej lochy pod nim...


Młodzi są naprawdę niesamowici - nic to że mamy tylko dwie latarki i nieco lampek z telefonów - włażą pod ziemię, w chłód i ciemność niczym dzieci Indiany Jones'a.


A atmosfera cokolwiek jak z filmików Scooby Doo... nawet się nietoperze wyroiły sporym stadem - krzyk wrzask ale wszystko ze śmiechem!

A tak obiekt wygląda na zewnątrz.

Dokładam im emocji ogłaszając wyścig pod górę - kto przede mną temu stawiam lody... jeden się zawziął... reszta musiała uznać wyższość starego człowieka... 


Jedziemy do Tropi 
To będzie punk 3 wyprawy.
I kolejny konkurs - gdzieś przed nam - mówię - jest czaszka - kto tę czaszkę znajdzie temu stawiam lody! Młodzi wydeptują wszystkie okoliczne pokrzywy, ale dopiero moje kroki w kierunku absydy kaplicy na miejscu pochowku ponad pół tysiąca ofiar cholery wskazują im miejsce gzioe nalezy szukac - w końcu jednemu się udaje!


A oto i ona czaszka - dość częsty symbol na pochówkach cholerycznych (powiedzmy w ogóle na pochówkach masowych, związanych z pomorami)


A tak kaplica wygląda od przodu.
Jak czasu starczy, to w którymś następnym poście rozwinę temat.

Idziemy nieco dalej - przed nami kaplica w miejscu pustelni św Świerada - Św Andrzej to było imię które przybrał w zakonie, w "cywilu" nosił piękne słowiańskie imię Świerad - współcześnie na drodze jakiegoś koszmarnego anachronizmu spotykam często stwierdzenia typu Święty Andrzej Świerad, gdzie Świerad pełni rolę nazwiska, tymczasem pierwsze nazwiska to dzieje co najmniej o pół tysiąca lat późniejsze.

 A to już źródło tegoż Świerada - podobno onegdaj ciekła z niego woda znacznie okazalej, ale współcześnie ludzie pokopali w okolicach studnie i stad tej wody mniej - szczerze mówiąc za grosz w to nie wierzę - gdyby źródło biło większą ilością wody, to ta wypłukała by już sobie spory wąwóz a tegoż tam zwyczajnie nie ma. A źródło bije w sam raz na potrzeby pustelnika - z pragnienia nie skona, a jak sobie dziesiątek różańca odmówi  przed wypiciem kubka wody to nie dość że ciała nie zmarnuje to jeszcze o duszę swoją zadba...

Zawracamy

Przed nami piękny, madziarski w stylistyce kościół w Tropiach - to jedno z najstarszych miejsc kultu na naszych ziemiach - tak wiem - był w 966 chrzest... ale... no my tu na Pogórzu to już znacznie wcześniej przez Cyryla i Metodego (tudzież ich posłańców) chrystianizowani byliśmy i szczerze mówiąc trudno mi na Wielkopolaków patrzyć inaczej niż na uzurpatorów...

 A te podziemia mówią że mam rację...


 I taka panorama dla tych co wolą "szerokie choryzonty" od kościelnej kruchty ;-)


A tak kościół wygląda wewnątrz...  pobudowano tu wielkie szklane wrota, przez które można łacno popatrzyć do wewnątrz - ale jak ktoś pragnie klimatu, no to ma swoją kruchtę - ja wybieram kruchtę...

Koniec objazdówki!!!
Jamna i rozlokowanie w pokojach - "elita zabójców" trzyma się razem, dziewczynki na piętro, bo tak łatwiej zachować na stadem kontrolę, ja dostaję izolatkę...

Chwila odsapu i... gonię towarzystwo na wieprzka!


 W drodze - ale to dopiero początek - przed nami 1,45 minut w jedną stronę - dla mnie męka, robię ten szlak w godzinę, i to jeszcze z przerwami na fotografowanie i obserwacje przyrodnicze.

 Ale krok za krokiem i jesteśmy u celu...

Niesamowite są te wychodnie skalne - w starszych przewodnikach, wciąż jeszcze spotkać można błędne informacje jakoby były to głazy narzutowe - otóż nic podobnego. mamy tu wychodnie skalne, które z powodzeniem mogły by konkurować z Arches National Park, gdyby tylko... była tu pustynia, teraz wszystko jest porośnięte roślinnością i skryte w gęstym lesie. 
 
Wracamy - jeszcze tylko godzina marszu (wybraliśmy krótszy szlak na powrót) i widzimy wieżę kościoła Matki Boskiej Nieustającej Nadziei na Jamnej - a stąd niecałe 20 minut i ... czekają na nas kiełbaski na grillu... zaganiam młodych pod prysznic - z siebie spłukałem podczas kąpieli jednego kleszcza - o u nich także mogą być.
Porcje kiełbasek sie cokolwiek mizerne... a i tak zostają cztery nietknięte - oni naprawdę żyją miłością, młodością i... zaabsorbowanym z powietrza aeroplanktonem ;-)



Bacówka od strony parkingu - coraz mniej mi się tu podoba - na szczęście w pobliżu powstała Chatka Włóczykija - a tam klimat miejsca jest jak najbardziej zachowany.

Towarzystwo imprezuje do późna... za względu na rodziców nie wspomnę do jak późna...;-) 

Dzień drugi
Na nogach są od szóstej rano - dziewczyny wpadły na pomysł żeby im na śnie wąsy dorysować...
I towarzystwo się pobudziło - obsługa przychodzi dopiero o ósmej - no to jest czas na buzowanie kawy grzałką (dobra grzałeczka buzałweczka, tyle razy mi życie uratowała...).

Potem wspólne śniadanie - degrengolada - pokolenie sewendeysów nie umie sobie nawet chleba masłem posmarować!!! Ale coś tam z pomocą wychowawczyni klecą - ser ze szczypiorkiem jakieś pomidory, wędlina, choć i tak zainteresowanie budzą jedynie kromki z nutellą...
Szczerze mówiąc w ich wieku byłem dokładnie taki sam, dopiero kilometry przebytych ścieżek i głód zmusiły mnie do nauki przygotowania sobie żywności na rajdach. Choć do dziś, mogę długo obywać się bez pobierania pokarmu - żyjąc samą adrenaliną.

I Znów ruszamy na szlak - tym razem Bukowiec i jego "Diable Skały" 

 Po drodze Kaplica Pojednania (też o tym miejscu osobny post napiszę... może... kiedyś...)



 i ciekawi\ostki przyrodnicze...


 I w końcu same skały.
 I znów mikro jaskinie

 kominy

I szczeliny skalne
Część młodzieży została z Wychowawczynią u stóp skał, a część podarła ze mną je "zdobywać".



Kościół w Bukowcu - cerkiew greckokatolicka, przeniesiona tutaj i zamieniona na kościół parafialny.
 

 A takie stąd widoki


I takie wnętrze. 



Baptysterium - oczywiście z piaskowca ciężkowickiego - bo z czego by innego na tym terenie? 


Już prawie końcówka...
Na miejscu... poszli grać w siatkówkę... pomimo że jeszcze dwadzieścia minut wcześniej walili się na asfalt zmęczeni podejściem z Bukowca... niesamowite sztuki.
Bagaże spakowane, czekamy na busa. Ktoś kupuje sobie sobie schabowego z frytkami ale nie dojada (duża porcja) - widać nadzieję w niektórych oczach że będą mogli dojeść.. lecz bufetowa zmiata resztki szybciej niż oni dobiegają do stołu - trudno, mam w plecaku konserwy i chleb - jak by któreś chciało... ale skoro wolą głodówkę niż poświecenie dziesięciu minut na przygotowanie sobie posiłku, to ja nikogo na siłę uszczęśliwiał nie będę...
Sam zamawiam...oczywiście kawusię. Zostaje nieco pieniędzy, Wychowawczyni funduje wszystkim lody... długo na nich nie pociągną, ale na kilka setów siatkówki starczy,


Sam urywam się na moment i zaglądam jeszcze do Chatki Włóczykija - robiąc rekonesans, bo kto wie, kiedy znów mnie tu przywieje i będę potrzebował miejsca na bazę?

Podsumowanie
zaraz po powrocie jeszcze im było mało, i zebrali się w kilkoro na osiedlu, nie mieli czasu na posiłek. Do wieczora dotrwali... jakoś...
 
Mikołaj padł wieczorem - "zwalił się na ryja" i koniec - piątek przebiedował w szkole ale wrócił skonany, sobotę konał a w niedzielę odsypiał... No cóż młoda krew ma swoje prawa, ale biologia swoje też ma...

Ps. Jedyny plus bycia nauczycielem to nie owe mityczne wakacje ani nie wynagrodzenia (wypada się śmiać z tych stawek, bo gdyby człowiek chciał je brać na poważnie to musiał by popaść w ciężką depresję), ale możliwość bycia z młodymi i ładowania sobie akumulatorów przy tych wulkanach energii! Ja wiem że są męczący, ale zapewniam szanowne "ciało pedagogiczne" iż w towarzystwo starych pierników bywa równie męczące, a przy tym dołujące, nużące i wnerwiające, a już podładować sobie przy nich akumulatory to można tylko w smartfonie, bo tych wewnętrznych nie sposób...

Ps 2 - Gdy już wyjeżdżaliśmy, przybyły inne grupy (my mieliśmy schronisko "na wyłączność"), jedna z nauczycielek uparcie postrzegała we mnie ... WueFistę - nie powiem, odebrałem to jako komplement...

  

15 comments:

krogulec14 said...

Budują teraz takich straszydeł co niemiara. Takie zamki... Gargamela. Jak na przykład w Poznaniu.

Mad said...

Wycieczki szkolne... łezka się w oku kręci. Mają one niepowtarzalny klimat, niezależnie od roli, którą się w nich odgrywa - ucznia, czy opiekuna... A tym bardziej WueFisty ;) Pozdrawiam!

Łukasz said...

Heh, pamiętam takie wycieczki z dzieciństwa.

makroman said...

Krogulcze - jeszcze stawiany od nowa, to jedynie kicz (w większości przypadków) ale tu mamy do czynienia z "odbudową" zabytku, a to już w moich standardach myślowych na temat ochrony tychże się nie mieści. Rozumiem potrzeby rozwoju turystyki i wiem że taka makieta na pewno przyciągnie więcej ludzi niż ruiny... ale w mój gust to nie jest.

Mad - z tym WueFistą to w ogóle taki "uśmiech wewnętrzny", bo mieliśmy w pracy faceta który przeraźliwie był zazdrosny o swoją żonę nauczycielkę, więc siłą rzeczy rozmowy zawsze "przypadkiem" zbaczały na nauczycieli WF ich wytrenowane, muskularne ciała i ... wydolność ;-D. Fajnie było popatrzeć jak się miota ;-)

Łukaszu - ja tez, ale po drugiej stronie "barykady" jest równie barwnie.

Hanna Badura said...

Ciekawe miejsca zwiedziliście.
Z takim opiekunem szóstoklasitom na pewno było fajnie :)

Marchev ka said...

Na taką wycieczkę to i ja bym się chętnie wybrała, tylko że szóstoklasistką byłam... Hohoho, dawno temu ;-)

Kris Beskidzki said...

Fajna impreza. Też kiedyś organizowalem szkolne wycieczki. Miło je wspominam.Pozdrawiam i gratuluję udanego wypoczynku :-)

makroman said...

Hanno - nie było im źle, myślę że umiem tak trzymać dyscyplinę by nie było to odbierane jako forma tyranii ;-).

Marchev ko - a cóż stoi na przeszkodzie by skrzyknąć rówieśników, i zorganizować wypad?

Kris - dorośli słuchają później, ale za to młodzież łatwiej czymś poruszyć i/lub zmobilizować do akcji.

Andrzej Rawicz said...

Udana wycieczka to wypadkowa umiejętności prowadzącego i chęci uczestniczących. Ja trafiałem na trudne klasy, stąd już po kilku wycieczkach zraziłem się do takich imprez. Za to uwielbiam t.zw. "specjalistyczne", jeszcze kilka lat temu wspólnie prowadziliśmy spływ kajakowy.
To dobrze, że znajdujesz wspólny język z młodzieżą.

Andrzej Rawicz (Anzai)

makroman said...

Anzai - bo to kwestia umiejętności takiego doboru programu wycieczki aby nikogo nie znudzić, nie rozczarować ani nie zamęczyć.
A spływy to osobna historia, wspaniałą sprawą, ale dużo więcej zagrożeń.

Mo. said...

Nic tylko zazdrościć młodzieży takiego "wuefisty", tzn. opiekuna :). A młodzi ludzie fajni są tylko opinie o nich nie zawsze dobre. My, starzy też przecież jesteśmy różni...

Michał Cimek said...

Witam.
O rany, jaka super wycieczka. Sam bym się na taką zapisał i pewnie fizycznie jakoś wydolił.
Fajne zdjęcia.
Michał

Ultra said...

Wow, uroczo przekazałeś wspaniałą trasę. Wszędzie byłam, ale i tak chętnie załapałabym się choćby w ostatnią parę. Gratulacje i pozdrowienia.

damian said...

Górski widoczki najlepsze i te skały... Super zdjęcia :-)

Pozdrawiam serdecznie

makroman said...

Mo - Generalnie moja opinia o młodych zawsze jest lepsza niż o moich rówieśnikach - obecni są zdecydowanie mądrzejsi i... nie oszukujmy się lepiej, czyściej i schludniej ubrani (sam byłem punkiem z kumplami pośród metali). Z drugiej strony "my starzy" mamy na swoje usprawiedliwienie wiele; komunę, żelazną kortynę i stan wojenny a oni? ;-D

Michale - spokojnie byś przeszedł, nie robiłem "czasówki", ale nic straconego - będziesz w pobliżu możemy coś zorganizować. Jesteś już w takim wieku że moja żona nie będzie się bała puścić nas razem ;-)


Ultra - witam serdecznie i zapraszam częściej, mi się te tereny nigdy nie nudzą więc też śmigam tam przy każdej sposobności.

Damianie - skały niesamowite, Tatr widać nie było - co jest ciekawostką tych terenów z Rzepienników dużo dalej na północny wschód widać świetnie a z Jamnej... mało kiedy.