Monday, September 8, 2014

Czytanie o Drodze

Do Santiago - Emilii o Szymona Sokolików.  

Lepiej iść z mężem czy z osłem? Ile dziewic składano w daninie Maurom? Jak medyk z Kordowy odchudził króla Sancha? Dlaczego rycerze z Zakonu Santiago byli żonaci? Jak byki egzekwują zakaz parkowania? Co jest gorsze: pluskwy czy nyktofobia? Co ślubował Krzysztof Kolumb? Jakie części ciała powinien obmywać pielgrzym?





Uff - po wakacjach, wreszcie mam ciut czasu by usiąść przy komputerze i napisać kilka słów od siebie. W zasadzie to w planach miałem daleki rajd po "Marcince" ale z racji pełni spałem kiepsko i rankiem odprowadziwszy dzieci do szkoły, zasnąłem i zaspałem kaduczne. Już teraz iść nigdzie nie ma sensu. Gotuje obiad. 

Długo myślałem o tytule tego posta. Nie chciałem byście pomyśleli że to ja osobiście do Santiago... kiedyś na pewno, jak Bóg da tyle życia i zdrowia, a ten i kolejne rządy nie rozkradną mojej emerytury by kupić sobie posady w Brukseli. Kiedyś ale jeszcze nie teraz.
Nie chciałem też popaść jakiś banał, egzaltację itp. ten wpadł na zasadzie olśnienia i uważam że jest całkiem dobry. 

Pytania z nad zdjęcia okładki pochodzą ze strony na której można ową książkę zamówić czy to w formie drukowanej czy e buka - Inbook.pl    

Ja wyszperałem ją w Bibliotece - ma wzięcie. 

Nie jest tajemnica dla nikogo kto czyta tego bloga, ze co jakiś czas, "rzuca mną" na Camino i zaliczam kolejne etapy Drogi tu na terenie Polski - to oczywiście nie to samo, ale zawsze coś. 

Ale wróćmy do książki. Dwójka młodych ludzi - łazików zaprzysięgłych, mających w nogach setki kilometrów - młode małżeństwo (ależ się dobrali - zupełnie jak ja z moją Marzenką) - wędrówka w określonej intencji (nie zdradzam żeby podkręcić chęć przeczytania - podpowiem tylko że kobiety bardzo tę intencje docenią) - Camino. Trzy składniki, które w zasadzie nie powinny zaowocować czymś większym niż wpis lub seria wpisów na blogu... a zaowocowały!!! I dosłownie i w przenośni (znów - trzeba przeczytać by przenośnię zrozumieć). 

Codzienne obserwacje, proste spostrzeżenia, nieco faktów zaczerpniętych z przewodników... gdzież tam do przepychu informacji podróżniczych książek Wańkowicza, gdzież do elokwencji i humoru Cejrowskiego, gdzież do wrośnięcia w czas i miejsce Korabiewicza, czy nawet gdzież do Kapuścińskiego. A jednak...  

A jednak czyta się rewelacyjne, co zatem daje taki efekt? Autentyczność. Jeśli czytamy o zdymkach na nogach które się przekłuwa, przeciąga przez nie nitkę a na końcach tej nitki wiąże supełki - żeby się nie wysunęła i działała jak dren osuszający, sami czujemy nie tyle ból, bo zdymy nie bolą, tylko dogłębną irytację, każącą chronić te miejsca. Albo gdy Emilia opisuje swoje zachody ze znalezieniem przy Camino miejsca gdzie mogła by załatwić swoją potrzebę... te sztuczki, te wybiegi, to rozpaczliwe szukanie zagłębień w płaskim terenie... tym co wtedy czujemy jest zakłopotanie, nie humor sytuacyjny ale właśnie zakłopotanie. 

A prócz autentyzmu, znajdziemy jeszcze miłość wzajemną, miłość do świata, miłość do życia... Tudzież masę smaczków, zapaszków, dykteryjek, przygody, obserwacji,  rozmów... Warto przeczytać. 

Była ze mną w Pradze, choć ciężka, była ze mną gdy grypa żołądkowa sprowadzała mnie do poziomu wynędzniałego okupanta porcelanowej muszli - warto czytać o Drodze, nawet gdy nie sposób iść samemu.

7 comments:

Kris Beskidzki said...

A nich tam .... precz z posadą w Brukseli.. Później już byś zatracił wszystko, teraz masz wolność. Choć względną ale zawsze ;)
Pozdrowionka :)))

Iza said...

Z ostatnim się w pełni zgadzam :)
Co do czytadełka, czuję się w pełni zachęcona. Pozdrawiam :)

krogulec14 said...

To tych dziewic Maurom wystarczało, czy trzeba było... dokupić? ;-)

Nomad said...

Ostatnio wypatrzyłem taki odcinek z Krakowa do Ojcowa. Doliną Prądnika.

Mo. said...

Od końca zacznę - zdanie o czytaniu o Drodze nawet wtedy, gdy nie można iść samemu - piękne i mądre, i dzisiaj w takim humorze jestem, że nawet ciarki są :). Zachęciłeś mnie recenzją i na pewno przeczytam niedługo - w formie tradycyjnej, papierowej - bo do czytników chyba nigdy się nie przekonam ( jestem z tych, dla których zapach książki ma wielkie znaczenie i zanim zacznę czytać to nos kilkakrotnie ląduje między kartkami, i w trakcie czytania też...). Też mi się marzy Camino...A za realizację Twojego marzenia z całych sił trzymam kciuki.

Tojav said...

Słyszałem o tej książce, a teraz to chcę już przeczytać. Też chętnie wybrałbym się do Santiago de Compostela. Najlepiej rowerem.

makroman said...

Kris - właśnie!

Iza - warto przeczytać.

Marku - Ja myślę że Maurowie to te dziewice tak bardziej kuli upokorzenia w traktat wpisali, a potem szybko dodano aneks ze wolą ekwiwalent w złocie.

Nomad - Małopolska Camino - pielgrzymowałem nią w okolicach Sandomierza. Bardzo piękna trasa - moim zdaniem piękniejsza niż Via Regia

Mo - czytanie nie zastąpi przygody, ale na pewno jest przygodą sam w sobie. Zapach książki to jest to co mnie zniewala - fetysz jakiś, ale zawsze w księgarniach to wpierw nos między kartki a dopiero potem czytam czy kupić akurat tę czy inną książkę.

Tojav - a wiesz Nomad to też zapalony cyklista - może kiedyś wspólnie jakiś projekt, a potem samo Camino?