Thursday, July 31, 2014

Praga jeszcze (już) śpi.

W Pradze jesteśmy wczesnym bardzo rankiem, lub późno w nocy - jak widać czas jest względny nie tylko wobec prędkości i grawitacji ale też względem obserwatora (znaczy jeśli jeszcze cokolwiek do niego dociera).

Autokar zatrzymuje się praktycznie w centrum, ludzie wysiadają, z luków bocznych wyszarpując swoje ogromniaste bagaże. My mamy wyłącznie poręczne plecaki i cały majątek w nich. Szybko oddalamy się od dworca, jak znam takie miejsca zaraz ktoś przypijawczy się, bądź to w roli przewodnika, bądź, osoby przewodnika potrzebującej. Pierwszy nam niepotrzebny, na bycie drugim nie mamy ochoty. Ten czas jest tylko dla nas.

Zaczyna lekko mżyć.

Tuż obok dworca dostrzegam McDonalda, jest zamknięty, lecz na zewnątrz ma kilka ławek - niemożebnie zaśmieconych kubełkami po obroku dla "smakoszy", ale co tam, szybko robimy sobie na jednej z nich porządek i zasiadamy do śniadania. W ruch idzie mój niezbędnik, przekrawamy bułki, do bułek wrzucamy całe kawały pasztetu i szamamy z wściekłym smakiem - podróże prócz kształcenia, zaostrzają też apetyt.

Wzdłuż Wilsonovej tuptamy nad Wełtawę.

 Ostrów (ostrów to taka wyspa na rzece - jak by kogoś interesowało) Stvanice a na nim... - no popatrzcie jaki ten los szyderczy jest - mnie energetykowi zawsze coś w deseń energetyczny pod obiektyw podstawi... A robiąc to zdjęcie wcale nie wiedziałem co fotografuje, dopiero gdy szukałem wiadomości do tego postu, czyli minutę temu się dowiedziałem że to - elektrownia wodna! Ale jaja!

 Wełtawa - po czesku Vltawa i teraz uwaga - powiedzcie sobie tak po cichutku ale wyraźnie: Więsła, Wąwel, Węłtawa, Wątok, Dąnajec, Dąnaj, Biąła - nie brzmią podobnie? A tak onomatopeicznie to z czym się kojarzą? Z czymś co glą-blą bulgocze, przelewa się gdzieś pod nogami, jest mętne i muliste - wypisz wymaluj nasze rzeki. A Wawel w tym kontekście? - a widział ktoś zakole Wisły pod Wawelem - jakie jest glą-blą?  - No to się naszym praszczurom musiało tak skojarzyć - Biały bąbel (wapiennej skały) nad rzeką która robi gla-blą.  Ale wróćmy nad Bełtawę...

Idziemy nadbrzeżem wpierw Ludwika potem Dworakowym, aż do mostu Čechův (czyli mostu Czecha). To najkrótszy z praskich mostów lecz także jeden z najurokliwszych. Niestety jest tak ciemno, zaczęło coraz silniej padać, a chmury odcięły nas od wstającego z wolna słońca, że zdjęcia wypadają fatalnie.

 Dzielnica Josefov - jak widać mało co widać, aparat wędruje do plecaka, w takich warunkach byłby sprzętem nie tylko bezużytecznym lecz zgoła groteskowym.

Zasuwamy przez most do parku na Górze Letnej - po cichu licząc ze pośród Letenskich Sadov znajdziemy miejsce ciche i ustronne... mówiąc dosadniej chciało nam się sikać ;-) - od razu mówię sukces! - nie my jedni zresztą wpadliśmy na ten pomysł - ślady nie pozostawiają złudzeń, że prócz walorów widokowych Letna ma też i inne... zalety ;-)

Ale być tu i nie skorzystać z widoku? Barbarzyństwem było by...
Na samej górze, coś co przypomina dźwig typu żuraw lub zaporę drogową zwaną z niemiecka szlabanem, odsadzony na dziwacznej, surrealistycznej podstawie która wykorzystałem jako... statyw - by pstryknąć sobie z Marzenką sweetfotykę.

Poza tym mnóstwo graffiti, butelek (o dziwo mało puszek - ale ci Czesi na smakoszów się snobują - ja tam bym wolał szkła nie taszczyć bez sensu, to co zarobię na smaku, stracę na zasapaniu), znana mi też z Polski kretyńska wystawa butów zarzuconych na kable (niektóre lepsze od moich - gdybym miał możliwości techniczne chętnie dokonał bym zamiany) oraz
W I D O K !!! 

      Cała Praga u stóp - jeszcze śpi, już śpi. deszcz ciągle siąpi - nic to wkrótce słońce rozgoni deszczowe chmury - schodzimy na dół. Przed nami Most Karola i Mała Strana - chcemy je mieć tylko dla siebie.

Tuesday, July 29, 2014

Tu bije serce Wrocławia

Zasięgamy języka, jak było do przewidzenia trzeba iść dokładnie w przeciwnym kierunku, niż szliśmy. Słusznie przynajmniej wiem czego się trzymać. wkrótce jesteśmy przy Świdnickiej i już dokładnie wiem jak iść. Jenak wcześniej wykorzystany czas na kręcenie się po niewłaściwej stronie Wrocławia, uniemożliwia nam dotarcie do Odry - moglibyśmy nie zdążyć wrócić na czas. Pozostaje pokręcenie się po Rynku i jego przyległościach, ale tak by owo "kręcenie się" było jednocześnie formą powrotu, tym bardziej że zmierzch to klimat bardziej do siedzenia przy kawiarnianym stoliku, niż do czynnej turystyki - bo i cóż można zobaczyć, skoro szczegóły zacierają się w kontrastach pomiędzy wywoływanych jasnymi plamami oświetlenia?

 Jedna za słynniejszych Wrocławskich rzeźb - czytałem o niej lata temu i... nadal uważam że to świetny pomysł był.
 Trudno mi powiedzieć czy to główny dreptak we Wrocławiu - w każdym razie na pewno jeden z główniejszych. czemu "dreptak" a nie deptak? - bo tak wolę.
A czym się różni dreptak od corso? Granica jest ulotna i trudno definiowalna. Na swoje potrzeby mam opracowane rozróżnienie;
Jak w sanatorium czy letnisku to corso - jak w dużym miescie to dreptak
Jak mamusie przyprowadzają tam swoje córeczki aby im męża w tłumie wyszukać - to corso - jak przychodzą ot tak sobie to dreptak (w/g powyższego Schody Hiszpańskie w Rzymie to corso nie dreptak)
W każdym razie mamuś z córkami nie widziałem - pewnie dlatego że po zmierzchu to już żadnego przyzwoitego kawalera tam lepiej nie spotykać - stąd określenie miejsca jako dreptak - pewnie zresztą właściwe.

 No co tytułem zgrzeszyłem? Ależ bym tam sobie wparował i tak piwko zarzucił na przełyk... pomarzyć - to dopiero początek a nie koniec naszej wycieczki.

 Fredro... ma facet swoiste szczęście - Europę przemierzył w armii Napoleona (fenomenalne pamiętniki - polecam), a jego pomniki z jednych kresów na drugie rzucają. Bo tenże ze Lwowa pochodzi.  A swoją drogą - Fredrę ze sobie przesiedleńcy ("osadnicy" - jak wołała na nich PRLowska propaganda) zabrali a Adasia już nie! Ciekawe czemu? Czyżby przeczówali iż poczucie humoru i dystans do świata bardziej pomogą im przetrwać te ciemne dziesięciolecia niż napuszone wersety wieszcza?

 Rynek ze strony jednej
I z drugiej - Nawet ktoś kto nie zna Wrocławia, powinien stosunkowo łatwo określić jaką drogę zrobiłem pomiędzy jednym a drugim zdjęciem - traktujcie to jako zagadkę.

A potem powrót - akurat trwał Mundial - tuż za "sercem" była reszta organizmu Wrocławia - miejsca może mniej chwalebne za to ... ciekawsze - małe knajackie knajpki obok linii kolejowej. Mecz na dużych ekranach, piwo, dym papierosowy, wstawione towarzystwo, niecenzuralne komentarze, dziewczyny usiłujące dorównać swoim partnerom tak w słownictwie jak i w piciu piwa... ehhhh. w takich miejscach czuję się jak najbardziej u siebie. A potem dworzec i czekanie na autokar. Starczyło czasu, by sobie zapalić na uboczu (przez cały dzień nie palę, ale wieczorami lubię, bo inaczej przemieniam się w wilkołaka i zaczynam wyć głosem strasznym a dreszcze tudzież ciarki na plecy postronnym przywodzącym).

Wkrótce siedzimy już w przytulnym, klimatyzowanym bebechu wielkiego autobusy - przed nam główna część przygody.    

Sunday, July 27, 2014

Wrocław pierwsze kroki

Jak już wspominałem, pierwsze kroki we Wrocławiu zaczynamy od błądzenia. Winne jest moje zaufanie do starej mapy, oparte na przeświadczeniu iż co jak co, ale dworce to ot tak lokalizacji nie zmieniają. Jako że w/g mojej mapy aby trafić do centrum trzeba iść w kierunku przeciwnym niż dworzec PKP więc ... idziemy.

Narzekać nie ma na co - ulice zadbane, architektura ciekawa - zwłaszcza że to eklektyzm. Tylko ich nazwy się ni jak nie zgadzają. Ul. Joannitów to zdecydowanie inne rejony Wrocławia, niż te do których zmierzamy.

 Choć trzeba przyznać że plomby w sąsiedztwo starych kamienic wstawiono wielce umiejętnie i jest czym wzrok nacieszyć.

Zataczamy koło aby znów trafić w rejony dworca. Tu powtórne kontrolowanie mapy i idziemy w innym - także złym kierunku. To zresztą swoiste memento! Jak łatwo można całkowicie pobłądzić wychodząc od jednego, tyle że fundamentalnego, założenia.

Kolejny raz zresztą nie marnujemy nóg. Tuż za budynkiem, dworca PKS (obleśne, śmierdzące najgorszymi latami PRLu miejsce) napotykamy na ogrodzenia ze stalowych blach - kolejny przykład lekceważenie przez odpowiednie władze ludzi, tak mieszkańców jak i turystów. Wszędzie indziej stosuje się zabezpieczenie miejsca pracy siatkami - to zrozumiałe - tylko postronnych tam potrzeba. Z drugiej strony - siatka i tablice informacyjne, to kolejna atrakcja i to uzyskana minimalnym (w skali działania) kosztem. Takie "wykopki" z przyjemnością oglądałem w Salonikach, Wiedniu, Rzymie, et alibi... lecz we Wrocławiu... musiałem robić zdjęcia z wysięgnika, czyli podniosłem rękę z aparatem i zrobiłem kilka na ślepo - tak z czystej ciekawości.
Dopiero na podglądzie dostrzegłem ślady ceglanych murów i korytarzy. Pierwotnie wziąłem to za elementy infrastruktury wojskowej z czasów "Festung Breslau" i dopiero znana i lubiana Manitou zalinkowała (przy okazji komentarzy do innych postów) co właściwie widziałem.

 
Na ekranie miałem relikty ewangelickiego kościoła pod wezwaniem Zbawiciela (po  niemiecku Salvator Kirche). Świątynię wybudowaną w latach 1871-76 na terenie dawnej wsi Huby, która już naonczas stanowiła dzielnicę Wrocławia. Została ona zniszczona w czasie II Wojny Światowej, a szkoda bo jej 66 metrowa wieża była by niezwykłą atrakcją (wybaczcie ten utylitaryzm), pomijając już sam fakt iż niszczenie i rozbieranie miejsc kultu jest barbarzyństwem - owszem Niemcy sami są sobie winni, ale bolszewia nie musiała do dalszych zniszczeń ręki przykładać. 

Jeszcze jedno ujęcie - wejście do krypty? Chyba nie bo było by głośno, lecz kto wie?
Idziemy dalej, z mocnym postanowieniem by trafić lub... zasięgnąć języka.

Pewnie więcej już tych ruin na oczy nie zobaczę, wkrótce powstanie tu galeria handlowa - no chyba że ktoś wpadnie na pomysł, by włączyć je w tkankę nowego obiektu - to wtedy jak najbardziej - oby.

Friday, July 25, 2014

św . Jakub w Tarnowie

Jak zwykle się spóźniłem, św. Jakuba apostoła było wczoraj 25 lipca. Ale trudno.

Na płaskorzeźbę zwróciłem uwagę już dość dawno temu. Lecz zawsze odkładałem wyjaśnienie jej na później, bo były ważniejsze sprawy, bo akurat nie miałem czasu itp. W końcu trafiła się i dobra pogoda na zdjęcia i aparat pod ręką i wola... wola była najważniejsza. Kwerenda po internecie nie dała nic. Również drukowane przewodniki, niewiele pomogły, ale koniec końców...

O samym klasztorze, można znaleźć mnóstwo informacji - ale do niego wrócę.

Jak na solidną budowlę obronna posiadał on wieżę, z które zostały relikty na murze - donikąd prowadzące drzwi, odcineczek krużganku i ... w kruchcie... św. Jakub.

 Na zdjęciu doskonale widać zarys wieży oraz jej usytuowanie względem reszty budowli

 A w dole
Pielgrzym!
Ma pelerynę (nazwa pochodzi o pelegrino - czyli pielgrzyma właśnie), kij z tykwą (w tykwie niesiono wodę)
kapelusz, odrzucony na prawe ramię i ... księgę - Ewangelię co wskazuje iż pielgrzym ów nie jest zwykłym pielgrzymem ale właśnie tym który przyniósł Ewangelie do Europy - czyli Jakubem Apostołem.

Brak wzmianek o fundatorze i czasie jej wmurowania. Można przyjąć że pewnie któryś z Ojców, lub może jeden (lub grupa) mieszkańców Tarnowa odbyła pielgrzymkę do Compostelli a to co oglądamy jest formą wotum dziękczynnego.

Podjąłem działania aby miejsce to zostało włączone z szlak Via Regii, ale chyba zostanie po staremu i Droga będzie omijała to miejsce. poniżej korespondencja z Polskim Towarzystwem Tatrzańskim - bo to oni zajmują się tym odcinkiem.

Szczęść Boże na szlaku.
Piszę w sprawie rozważenia możliwości modyfikacji szlaku św. Jakuba w Tarnowie na odcinku od Starego Cmentarza, tak by uwzględniał płaskorzeźbę św. Jakuba znajdująca się na budynku byłego klasztoru Bernardynów.
Na płaskorzeźbie mamy pielgrzyma, z kijem podróżnym, w pelerynie i kapeluszu, w prawej ręce trzyma księgę - ani chybi św. Jakub.
Myślę że dla wielu pielgrzymów była by to miła ciekawostka, warta nadłożenie trzystu może metrów marszu.
Płaskorzeźba pierwotnie była ulokowana w przyziemiu wieży, na co wskazują relikty zachowane na murze.


Szanowny Panie Macieju
Dziękujemy za interesującą informację.
Pana mail został przesłany do osób zajmujących się w naszym Oddziale tematyką Dróg św. Jakuba, jak również do Stowarzyszenia Dróg św. Jakuba w Polsce (www.camino.net.pl)
Pozdrawiam serdecznie


Dzień dobry
Panie Macieju przesyłam Panu maila którego otrzymaliśmy ws. płaskorzeźby od Pawła, członka naszego Oddziału i Stowarzyszenia dróg św. Jakuba w Polsce.
Pozdrawiam
Artur
Dnia 17 lipca 2014 17:32 Paweł  napisał(a):

Dzieki za informację, nie widze adresu mailowego do Pana Macieja, więc do Was zwrotnie piszę :)

Temat płaskorzeźby jest nam znany, nawet jest w Staszkowym przewodniku, jak pamiętam to też myśleliśmy o tym by była ona na szlaku, ale jest to nieco w bok i zostało tak jak jest.

Zmiany w przebiegu to Staszek niech decyduje wspólnie z Wami :) choć ja bym raczej zostawił to jak teraz jest

Pozdrawiam Was

Paweł

Tyle na dziś, a jak się coś zmieni, to poinformuję.

Thursday, July 17, 2014

Wrocław Praga czyli - kolejna podróż poślubna.

Z Paryża zrezygnowaliśmy już dawno temu, nie wykluczamy, ale żeby o tym marzyć ? Co to, to nie.
Jest tyle innych pięknych, niezwykłych miast. Rozważana jest przede wszystkim Praga, lecz w grę wchodzi też Drezno. Przez pół roku losy się ważą, musimy porównać różne za i przeciw, dojazd, cenę, czas, okres... sporo. W ostateczności pada na Pragę. Z przesiadkami ale za to we WROCŁAWIU - dawno wyczekiwana szansa by liznąć Wrocław nocą!

Oczywiście jedziemy autokarami - turystyka samochodowa to jakiś masochizm. Mam się nie napić piwa w Pradze, nie zdrzemnąć w drodze, zamiast o zabytkach myśleć czy dobrze zaparkowałem, zamiast o widokach za oknem wpatrywać się w znaki i kierunkowskazy? Zwłaszcza gdy finansowo jazda w dwie osoby wychodzi niewiele drożej niż koszty przejazdu samochodem (benzyna, autostrady itp.).

Bilety kupujemy w firmie Mądeltrans - nieco reklamy ale zasłużyli! Dziewczyny nagrzebały się w rozkładach jazdy, cennikach, promocjach... ale to co znalazły dokładnie pokrywa się z naszymi oczekiwaniami.

Wyjazd w piątek o 14, Neobusem (ciacho i mineralna w cenie biletu) z Tarnowa, autostradą do Karkowa i dalej na Katowice i Wrocław - jest okazja do drzemki, ale póki co działa adrenalina i tylko pokimujemy z rzadka, na ostatnim odcinku gdy z lewej strony wznosi się masyw Ślęży - no to już całkiem zaczyna mnie nosić - jeszcze tam nie łaziłem.

We Wrocławiu jesteśmy koło  19 i ... błądzę, mam mapę i nie mogę dojść do centrum! Wściekłość i frustracja - NIC mi nie pasuje! Musimy zapytać o drogę miejscowych. Oczywiście... idziemy w przeciwnym kierunku! (dopiero w domu weryfikując moją mapę z mapami wujka Googla - stwierdzam iż... na tej mojej jeszcze PRLowskiej jakiś dureń (pewnie w ramach wprowadzenia dywersantów i odwetowców w błąd) zaznaczył dworzec PKS na północ zamiast na południe od dworca PKP - czyli w/g mapy idąc do centrum pod torami nie miałem prawa przechodzić - tymczasem... tymczasem jest dokładnie odwrotnie i trzeba było iść prosto pod wiadukt! W każdym razie ma[pa ląduje w kieszeni spodni i już po nią nie sięgam. Dalsza część spaceru to już CZYSTY ZACHWYT!

 Wrocław wieczorową porą.
Lato, ciepło, tłumy spacerowiczów, rowerzyści, rolkarze, zakochani.
Światła, wystawy, iluminacje, pokazy uliczne, występy, fontanny...
a jeszcze czas mundialowy - bary kibica, ogródki piwne, szaliki.

Trzy godziny wałęsania i niestety musimy wracać - na minutę przed północą mamy Polbusa do Pragi 

Noc
Za oknami i tak guzik widać, zaczyna padać 
Zapadamy w drzemkę. 
mamy 4 godziny, 50 minut (nominalnie) na sen. 

Praga wita nas nocą, no powiedzmy wczesnym świtem (na tej samej zasadzie na jakiej po przejściu równika idziemy prosto na biegun). 
Siadamy przy McDonaldzie, ma stoliki na zewnątrz, odgarniamy warstwę opakowań, kubków, frytek i czipsów. Rozkładamy się z własnym śniadaniem - nie ma powodów do pośpiechu - przed nami 19 i pół godziny na zwiedzanie. 
Do hosteli wracają mniej lub bardziej zawiane grupki nocnych imprezowiczów, a zza dachów zaczyna jawić się poświata - świt. Plecaki na grzbiety i ruszamy. 

Zaczyna padać, nie bardzo ale tak w sam raz. 
Przed nami wzgórze Letna    

 Widok z Letnej na uśpioną jeszcze i już Pragę

Następnie przez Most Karola idziemy na Małą Stranę

 O tej porze jest tu pusto, miło i romantycznie - za dwie godziny zaczną się tędy przewalać rzeki turystów, szum głosów sięgnie poziomu kilkudziesięciu decybeli i trzeba będzie krzyczeć by przekazać jakąkolwiek wiadomość - ale póki co jest cicho. 

 Hradczany - i panorama Pragi

 Nadal pusto, cicho choć życie już się zaczęło - Zmienili wartę przy wejściu na teren zamku, pojawiają się pierwsi tacy jak my plecakowcy, z ulic poznikali już pijaczkowie. 

Słońce wyszło zza chmur całkiem nieoczekiwanie - nagle zrobiło się jasno. Nie wiadomo skąd pojawili się przewodnicy - każdy w dłoni dzierżył dziarsko jakiś długi a charakterystyczny przedmiot - sztuczny kwiat, parasolkę, kij z pękami tasiemek itp... ot taki sygnał dla powierzonego im stada. Nagle puste dziedzińce zatłoczyły się, zabłysnęły fleszami, zagulgotały setką różnych języków.

Spacerujemy, siedzimy na ławeczkach, cieszymy sie naszym tu i teraz - o 10 otworzą pocztę to wyślemy sobie i rodzinie kartki.

Potem znów spacer, obiad, piwo, spacer, zakupy w sklepach spożywczych żeby na głodnego nie wracać, Czekolada dla babuni, piwo dla Dziadka i Mamy,  lentilky dla chłopców - w końcu ostatnie chwile na dworcu i powrót.
Tym razem za pięć dwunasta ;-) dosłownie - 23.55. Polbus prawie pusty rozsiadamy się obok siebie i śpimy w najlepsze  We Wrocławiu jesteśmy o 4.45. O 6.10 wracamy do Tarnowa Albatrosem i także odsypiamy.

Na utrwalenie sobie wrażeń, przyjdzie czas, w domu, przy kawie, rozmowie, przeglądaniu pamiątek...

Zapraszam.

Tuesday, July 15, 2014

Tuż przed wakacjami

Wakacje zbliżały się nieubłaganie, były jak wyrok - koniec z wędrówkami, koniec z samotnością na szlaku, dzieci, dzieci, dzieci, żona, dom, dzieci, obiad i tak w koło - straszny czas.

Za kilka dni rozdanie świadectw, zadań już nie zadają, uczyć się nie ma po co, dni najdłuższe w roku, spać się nie chce...

Tymczasem...
w okresie trzeciorzędu (nader pojemne określenie od od 65 do 1,8 mln lat temu) było tu morze... solidne głębokie, lecz i takie płytsze, cieplejsze, z piaskiem na dnie, i ten piasek odkładał się warstwami, i odkładał, i odkładał... szmat czasu się odkładał. Były pośród niego i drobne kamienie, i jakieś żyjątka ale głównie drobne ziarenka jakie znamy z plaż.

Potem nastąpiło coś co naukowo nazywają diagenezą - czyli przekształcenie tych osadów w twarda skałę.
i znów minęły milionlecia - tu gdzie było morze wypiętrzyły się góry a te jak wiadomo... wietrzały.  I znów naukowy termin... denudacja - twarde skały się ostały, miękkie wypłukały wody, wywiały wiatry, wygniotły lodowce, wynieśli na butach turyści.

A propos turyści - czyli my właśnie.
Cały dzień upały, nie wiadomo co z sobą zrobić, czego nie, jak jedni się zbierają to druga nie chce, a jak druga chce, to jedni właśnie zasiedli do komputera i żadna siła poza wybuchem jądrowym ich stamtąd nie ruszy. Nadchodzi wieczór - zabieram głos i stanowczo oznajmiam iż mam dość tego cyrku, natychmiast się zbieramy a opornych pogonię kopniakami. Skutkuje. Ja plecak spakowany mam zawsze, ładuje doń aparat i jestem gotów - reszta się organizuje, z bólem i oporami ale jednak skutecznie.

Siadamy w samochód i po półgodzinie jesteśmy na miejscu.

 Chłopcy szaleńczo rzucili się do gonitwy - prowadzę ich niebieskim szlakiem - sam znam też inne przejścia, ale akurat ten jest stosunkowo bezpieczny, malowniczy i daje okazje opowiedzenia im czegoś zarówno o powstawaniu jak i o procesach wietrzenia, ba nawet w których miejscach były wodospady a w których podwodne jaskinie... to wszystko zapisało się w kamieniu. Czerwony kolor skała zawdzięcza oczywiście tlenkom żelaza.


 Panorama pogórza Ciężkowickiego

 I drobny jej wycinek

 Skała z krzyżem, wciskamy się tam rozpadliną którą widać na dole. Marzenka zostaje i robi nam zdjęcia (nigdy jeszcze nie udało mi się jej wyciągnąć na górę).  Miłosz został na półce skalnej - kiedyś był tam wodospad, i ciężki twardy kamień który podrzucany woda obracał się niczym koło młyńskie - wycierały się otaczające go skały lecz i on sam, w końcu stał się na tyle mały, że woda wyniosła go na zewnątrz i przepadł - została mini jaskinia.
 Krzyż - poznaliście go w poprzednim poście - u dołu Ciężkowice, mało widoczne, w cieniu, słońce już zachodziło. kiedyś pojadę tam specjalnie by pokazać także to miejsce (albo poszperam w archiwum, bo mam sporo zdjęć stamtąd - jak będą godne pokazania, to pokazane zostaną)

 Lubię spotykać swoje alter ego na szlaku - tym razem w wersji młodocianej.

 Wiatka na szlaku, tak pomiędzy nią a słońcem są jeszcze wzgórza Bistuszowej i wieża widokowa ...

Ot taki urokliwy krajobraz, ju z schodzimy - skała z krzyżem była szczytem i celem - do Wąwozu Czarownic ich nie prowadzę, zbyt późno jest - zdąży się ściemnić nim tam wejdziemy - a po ciemku zbyt tam niebezpiecznie. rumosz skalny i woda.

 Królewskie Miasto Ciężkowice - jak będziecie w okolicy wpadnijcie. Woda pyszna, zimna i czysta.

My zatrzymujemy się jeszcze na kiełbasę z rożna (poszła jako że już po zamknięciu lokalu po 5 zamiast po 8 zeta... Miłosz zjada swoją i połowę mojej... patrzy tęsknie na tackę Mikołaja i Mamy... ale Ci są nieubłagani.

Po kiełbasce jeszcze kładką nad szosą idziemy na skałę Ratusz i mamy widok na "czarownicę" (komuś się skojarzyły z wiedźmim zakrzywionym nochalem te podcięcia wymyte w skale przez rzekę Białą.
a potem jeszcze skała Grunwald i jej minijaskinką i ... oni wcale nie chcą wracać!Ale jestem doświadczonym wędrowcem - dobrze wiem że są zmęczeni, trzeba im tylko to ich zmęczenie uświadomić - siadamy na chwilę, odpływa adrenalina, przycicha burza endorfin... nogi stają się ciężkie, powieki też, wiatr chłodniejszy, światła mniej... Tato wracajmy.

Monday, July 14, 2014

Zakotwiczenie

Pamiętajcie
Ziemia jest zakotwiczona w Niebie, nigdy odwrotnie.

Thursday, July 10, 2014

Sanktuarium - replika

Wikariusz nazywa się Jan Palka, około 1900 roku powraca z pielgrzymki do Lourdes - jest całkowicie "zakręcony" na jego punkcie. Przywozi gipsowy model groty i butelkę wody ze świętego źródła. To co widział i przeżył będąc Tam, jednak nie pozostawia go w spokoju. Wiedziony duchowym nakazem postanawia wybudować, tu, na małopolskiej ziemi, w jakieś trzeciorzędnej miejscowości replikę tamtego miejsca. Coś co pozwoli, ubogim tutejszym ludziom, odbyć pielgrzymkę do sanktuarium, które jednak będzie na tyle blisko, by było ich na nią stać. Pomysł z zapałem podchwytują parafianie.
Grota powstaje na wzgórzu Godów tuz obok starego, drewnianego kościoła, na wschód od potoku Niedźwiedź.

Dziś Porąbka Uszewska to diecezjalne centrum pielgrzymkowe, organizujące wyjazdy do wszystkich istniejących sanktuariów maryjnych na świecie oraz innych katolickich miejsc kultu (chociażby Jerozolimy), Nie mam pojęcia czy Palka był aż taki dobrym menadżerem, czy tak charyzmatycznym wizjonerem lecz... pomimo dwóch wojen, PRL i 25 lat ogłupiania (zwanego "wolnością"), jego dzieło trwa i rozwija się.

Już samo to godne jest szacunku.


 
 Widok od południa, stamtąd przyszedłem. Przywitała mnie żelazna brama, lecz otwarta gościnnie, rozświetlony słońcem plac i specyficzna atmosfera sanktuarium.
Sama budowla licowane jest surowym kamieniem, mającym imitować naturalną skałę.

 Elementy wyposażenia: figura czy świecznik to prawie idealne kopie tego co znajduje się w Lourdes.
Ambona nawiązuje do naturalnego występu skalnego obok Groty Objawień - aczkolwiek to bardzo luźne nawiązanie...
 
 Wnętrze sklepione kolebkowo, popza ołtarzem, zawiera też mnóstwo darów wotywnych.
 
 Prócz tego, mamy tu jeszcze autentyczny kamień z Lourdes, wyzwalane przyciskiem maleńkie źródełko wody święconej, tudzież sporo innych pamiątek i kapliczek ukazujących bogactwo powiązań tego miejsca z innymi sanktuariami maryjnymi. 

To już ostatni odcinek tej eskapady. Za kilkanaście minut kolega będzie jechał do pracy i zabiorę się z nim. 

Tydzień później, samochodem z rodziną podjechałem tu, aby pokazać im to miejsce. 

Kilka rad dla tych którzy chcieli by tu trafić:
Dojazd od "czwórki" są kierunkowskazy, następnie prosto, zatrzymujecie się dopiero na widok neogotyckiego kościoła i parkujecie w pobliżu (miejsc jest sporo).
Spacer do sanktuarium malowniczymi alejkami, przechodzi się obok kapliczek i pomników - warto się z nimi zapoznać.
Kartki pocztowe w portalu Kościoła - kosztują złociaka (pieniądze do skarbonki) nikt ich nie pilnuje, więc można przebierać, poza tym sporo innych publikacji oraz materiałów powiedzmy... promocyjnych DCP. 

Dużo się dzieje.
W oczekiwaniu, Ciężkowice, Kamieniołom na górze Wał, Wrocław Nocą, Praga... Sam nie wiem kiedy znajdę czas aby to wszystko opisać, a jeszcze sporo ciekawostek przyrodniczych.


Monday, July 7, 2014

Porzucony

Porąbka Uszewska - miejscowość położona opodal Dębna, w powiecie brzeskim  w Małopolsce rzecz jasna. Słynie przede wszystkim z repliki Sanktuarium w Lourdes i związanego z nim Diecezjalnego Biura Pielgrzymkowego (ale o tm następnym razem).

Wieś ulokowana jest w malowniczej dolinie potoku Niedźwiedź mając od wschodu wzgórze Godów a od Zachodu Rogal. Od południa otwiera się na Beskid Wyspowy a od północy na Kotlinę Tarnowsko-Sandomierską.

Ja przyszedłem tu od strony wzgórza Godów, opuszczając wszystkie okoliczne szlaki (a tu jest jeden z węzłów), tak aby zawędrować do cmentarza wojennego nr 280. Anim się spodziewał, że jest on częścią innego o wiele starszego, porzuconego dziś cmentarza parafialnego.

Na odcinku Porąbki Uszewskiej (Uszewska to od takiej okolicznej większej rzeki - Uszwicy) - potok Niedźwiedź płynie prawie idealnie z południa na północ. Po jego wschodniej stronie był cmentarz, po zachodniej Kościół, prócz potoku biegnie tam jeszcze coraz bardziej ruchliwa szosa. W czasie gdy potok wzbierał (a wzbiera po każdej nawałnicy) połączenia pomiędzy świątynią a cmentarzem zostają zerwane. Woda szybko opada, ale z pochówkami trudno czekać do przejścia fali powodziowej, poza tym stary cmentarz stawał się zbyt mały, jak na potrzeby bogacących się mieszkańców, którzy także grobowce chcieli wystawiać sobie solidne, okazałe... Powstał więc nowy cmentarz po zachodniej stronie wsi, nieopodal kościoła, umiejscowiony na łagodnym zboczu Rogala. A o stary przestano dbać, gdy tylko wymarli ci którzy mieli tam bliskich. Dziś teren ten jest od czasu do czasu koszony, czasem dzieci ze szkoły w ramach jakieś lekcji potuptają tu zapalić świeczkę, a na nagrobkach czas nieubłaganie zaciera wyryte litery... nadchodzi zapomnienie.

Nie miałem najmniejszego pojęcia o tym miejscu nim tu nie dotarłem, dopiero krzyż prześwitujący pomiędzy drzewami uświadomił mi że "dwieście osiemdziesiątka" to nie jedyne pochówki w tutaj.

 Zarośla sięgają ramion, pomimo długich spodni, pokrzywom co i raz udaje się wrazić mi igłę z węglanu wapnia (tak, tak - z tego samego powstają nacieki w jaskiniach), wypełnioną jadem, który powoduje bolesne reakcje w moim organizmie - niech mnie nie straszą dżunglą amazońską - ci którzy nawet w naszych rodzimych chaszczach nie hasali. Do tego ostrężyna wbijająca zakrzywione, szarpiące ciało kolce, a nawet powojnik, miękki i łagodny, który wiąże to wszystko w jeden utrudniający dostęp "zasiek".
Ale jestem jak pies gończy - jak złapie trop, to albo dopadnie zdobyczy albo sam padnie...
Dopadam. 

 Nagrobek Balków z Łysej Góry Józef i dwie Katarzyny ostatnia z nich zmarła 20 maja 1904 roku - więc pewnie nagrobek gdzieś z lat dwudziestych dwudziestego wieku jest. Dookoła mnóstwo przestrzeni, która ani chybi kryje inne pochówki, ziemne kopczyki, dziś rozmyte przez deszcze, rozkruszone korzeniami roślin, nieczytelne. 

 Ktoś o nazwisku Mrzygłód przeżył 80 lat zmarł w 1915 roku.

 Kolejny pomniczek nagrobny.

Marmurowa płyta zawiera inskrypcje, niestety optycznie nieczytelne, być może za pomocą specjalnych metod fotograficznych (kilka zdjęć z kilku różnych pozycji i przy różnych oświetleniach) oraz programów graficznych (zbijających te ujęcia w jedno zdjęcie i poddających obróbce) udało by się je odczytać - ale to przekracza moje możliwości. Usiłowałem wyczuć coś opuszkami palców, niczym niewidomy czytający dotykiem, ale także z miernym skutkiem.

Chwila modlitwy i ...
idę dalej. 
Ci ludzie mieli swój czas, jak go wykorzystali, tego nie wiem, ale wiem że czas dany mi chcę możliwie najwięcej przeznaczyć na wędrówkę.