Wednesday, February 22, 2017

Kilka zdjęć z peregrynacji za granicami Słowacji.

Na wstępie uwaga - drogi na Słowacji są fajne ale... nie posiadają poboczy, co wywołuje u mnie bolesny skurcz przy każdym mijanym ciekawym miejscu, w pobliżu którego nie mogę się zatrzymać. Czyli w zasadzie jest to skurcz permanentny (No-Spa nie pomaga... jak by kto pytał).

Tegoroczny pobyt na Słowacji to zaledwie jeden dzień, nic wielkiego, zatem i zdjęć za wiele nie ma.
Wracamy do Polski powoli zaczyna się zmierzchać, nie żeby panikować, ale zbyt wiele czasu na zwiedzanie już nie ma.

Z Bardejova odbijamy na zachód (oznakowanie równie beznadziejne jak w większości polskich miast - ale z racji tego że człowiek przyzwyczajony, to sobie radzimy), w kierunku na Stara Lubovna i jedziemy do ... Tarnova!  

A propos - w necie często spotykam jakieś kretyńskie spolszczenie S.Lubovna na - "S.Lubowla" - nie mam pojęcia skąd się to wzięło? Ale podejrzewam iż miejsce to jest pod czułą opieka proktologów...

No ale do Starej Lubomirskiej się nie wybieramy - przy okazji wyszło na jaw (choć byłem pewien że jest), że nie ma jej u mnie na blogu... ale wtopa - odkopać muszę zdjęcia z archiwum to i wpis o tym zacnym miejscu zrobię... 

 Wracając do głównego wątku...
Tak w ogóle to wybaczcie maniakalny dygresjonizm, ale jak skorupka w młodości Potockim nasiąkła, to na starość ... trąci (wolę nie wąchać czym).
No więc skoro już wracamy - na pięknej Słowacji nie ma poboczy, są za to setki krzyży, kapliczek, tablic, pomniczków ... wszystkie mijane w pędzie... Gdyby to jeszcze było tak że władze Słowackie chcą w ten sposób promować turystykę rowerowa... ale gdzieżby - szlaków rowerowych jest tam sporo, ale akurat nie tam gdzie są te krzyże, kapliczki i pomniczki... 
Jednocześnie zauważyłem, iż Słowacy nauczyli się jeździć od Polaków 
(to nie jest komplement dla żadnej ze stron!!!)  i teraz także rowerzyści poruszający się po szlakach "przelotowych, pomiędzy większymi miastami na Słowacji maja mocno... przegwizdane.  

Parkujemy byle gdzie - byle zakazu nie było, i piechotą "śmigamy" - na asfalcie idzie się dobrze, ale stale ktoś "daje po klaksonie" bo się mu we łbie nie mieści że oto widzi pieszego!  Za to pół metra obok - to już rowy zasypane śniegiem, i zapadamy się po kolana... 
Nic to - wyszliśmy to i dojdziemy do... Tarnova!!!!  

 Bo wszak nie ma jak w Tarnovie! 

 Prawie jak w domu ;-)))

Potem mijamy Zborow i tu próbuje dojechać do ruin zamku, niestety - tam gdzie byśmy mogli ewentualnie samochód zostawić jest mnóstwo śniegu i trwają prace przy mygle - kilka ryczacych sztuk całkiem ciężkiego sprzętu leśnego zniechęca - miny pracowników wyraźnie sugerują... "na własne ryzyko"... do tego ponad kilometr szlaku pieszego w kopnym śniegu - a moje dwa M dosyć zmarznięte już  i .. głodne! No bez jaj, dopiero co w Bardejovie pochłonęli pizze za całe 3 ojro!! A teraz w samochodzie planują czy po powrocie gorący rosołek czy może jakaś inna zupka w brykiecie... 
Odpuszczam - choć zimą tam jeszcze nie byłem i trochę żal...

Tuż przed granicą Becherov

Herb Becherova - Z jednej i z drugiej strony miasteczka były piękne przy drogach, ale ni jak nie było gdzie stanąć - pobrać więc musiałem ze strony obecbecherov
 Świetne nawiązuje do tradycji łemkowskich kamieniarzy z miejscowego piaskowca zgrabnie ciosających osełki, kamienie młyńskie, czy krzyże przydrożne. 
Ale o tym więcej poczytacie na zaprzyjaźnionych blogach "Magurskich wyprawach" Kasi i Kamila, oraz "Łemkowynie na Beskidzie Niskim" Juliana. Z całego serca polecam - bo to rzeczowe i sprawnie napisane teksty na w sumie bardzo mało znany temat.

Ja zatrzymuję się przy cerkiewce.
 Jak by kto pytał.... tak duchowość grekokatolicka jest mi bardzo bliska. 

 Odgrzebany wjazd do przycerkiewnego cmentarza - akurat w sam raz żeby tam wetknąć zadek naszego francowatego auta i wyskoczyć na zrobienie kilku zdjęć - M&M deliberują nad czym czy gorąca herbata zwykła czy może owocowa... 

 Ciekawe czy ci ludzie czyli się tu "nie w swoim kraju", nim przyszła wojna i nie boleśnie nie uzmysłowiła im że współczesna Europa nie będzie tolerowała żadnych fanaberii i albo jesteś z nami albo przeciw nam?! 
Ps - w Becherovie o Łemkach pamiętają - Nie mieli wprawdzie jak my w Polsce komunistycznej czystki etnicznej czyli "Akcji Wisła" ale... no właśnie. 
 
I to już koniec - dwa kilometry dalej mijamy granicę - 
"Panie bez przesady!!! tu nie wolno fotografować!!!"

Następna relacja - Konieczna i Zdynia. 
Do zobaczenia na szlaku.

18 comments:

Andrzej Rawicz said...

No nie wiem, czy ten Becherov jest tym słynnym miastem w którym produkują słynny likier ziołowy "Becherovka"?
https://pl.wikipedia.org/wiki/Becherovka
Jeżeli tak, to mam nadzieję, że będąc "u źródła" spróbowałeś tego specyfiku.

makroman said...

To nie ta miejscowość - "kubkowice" - bo od niemieckiego Becher - to w Czechach i na Słowacji dość często spotykane nazwy.
Nasączyłem się becherovką jak gąbka, ale to było lata temu, teraz i tak musiałem prowadzić.

hegemon said...

Słowacja jest piękna, ale drogi potrafi mieć straszne (poza tymi głównymi). Kiedyś się wpakowałem w taką wydawałoby się niemałą i nie miałem pojęcia czy wyjadę, bo w pewnym momencie płynnie z dziurawego asfaltu przeszła w drogę bardzo gruntową...

Wojciech Gotkiewicz said...

Mnie akurat ucieszyło, że Becherov nie ma nic wspólnego z Becherovką. Nie cierpię trunku, choć on sam niczemu nie winien. Winien degustator, który podczas jednego ze studenckich, praskich pobytów zapomniał, że to nie ... piwo :))) PS. Zostaw Szanowny Makromanie w spokoju zacny duet MM! My z gŁosiem, wracając z wypraw o niczym innym nie rozmawiamy, tylko o tym, co byśmy zjedli, więc czujemy się ich braćmi duchowo-gastronomicznymi :))))) PS. Nigdy nie przypuszczałem, że zostanę jelitowym bratem Małej Mi :))))))

INKA said...

Miałam okazję pojeździć kiedyś sama po Słowacji samochodem i tak byłam skupiona na tych ciągłych zakrętach i wąskich drogach, że nawet pięknych krajobrazów nie pamiętam...

makroman said...

Hegemonie - dokładnie tak było z moja próba wjazdu na wzgórze zamkowe,na mapie jest dojazd, w realu... mygło.

Wojtku - No ws umie to kaca po Becherovce to nie miałem... myślę że może to być silne przeżycie ;-). ja w sumie nauczyłem się jeść na wypadach dopiero przy małej Mi, wcześniej bywało że przez trzy dni wsunąłem jakiś kawałek czekolady i zebrane przy szlaku poziomki... (no raz kolega w Bieszczadach zrobił gulasz z ... psa. Wprawdzie się nie przyznał, ale nie mogliśmy się doliczyć jednej sztuki z towarzyszącej nam zdziczałej sfory - to wtedy jadłem na rajdzie). A tak to zazwyczaj goniłem na zapasach podskórnych, dlatego trudno mi zrozumieć że ktoś woli rozmawiać o gorącym rosole, zamiast o mijanych skarbach.

INKO - bo to wymaga kooperacji, ja prowadzę i patrze po krajobrazie, a Marzenka patrzy na drogę i wrzeszczy "Jak, jedziesz!!!!, tu jest zaaaaakreeeęt!!!!" nie bardzo ją rozumiem, ale kobiety nie są po to by je rozumieć, ale po to by się ich słuchać... więc grzecznie skręcam kierownicę. Tymczasem słyszę "Nie w tę stronęęęęęęę!" doprawdy trudno zadowolić kobietę ;-)

Kasia Kamil Skóra said...

Dla miłośników militariów Słowacja ma też do zaoferowana liczne plenerowe "wystawki" sprzętu bojowego :) Można powspinać się na czołgi i inne maszynerie, w polskich miastach tego chyba brakuje, przynajmniej tutaj u nas na południu...

Ania said...

Jak to się stało, że tak późno zauważyłam ten wpis? Zagapiłam się widocznie.
Ale jestem mocno zaniepokojona informacją o tym, że nasz drogi makro pędzi po szosach. Zwolnij, kolego.
Poza tym od tego wątku kulinarnego strasznie się zrobiłam głodna, a tu żadnej mrożonej pizzy w domu nie mam.
Becherovke wspominam niechętnie. Nie lubię takich ziołowych wynalazków. Piwo, to zupełnie inna rzecz.
A krzyże przydrożne, które pokazałeś ładne, zwłaszcza lubię taki ciekawostki z płaską figurą Chrystusa. Co do kamiennych, to faktycznie Kasia, Kamil i Julijan spece!

Wojciech Gotkiewicz said...

Mój Ociec dodatkowo wydaje sprzeczne komendy werbalne i ruchowe. Innymi słowy każe mi jechać w lewo, ale konsekwentnie pokazuje prawą stronę:))))) PS. Jak smakuje pies?

makroman said...

Kasiu i Kamilu - u nas też były w okolicach Dukli, ale to przed laty, ostatnio nie chciało mi się sprawdzać - choć ciągnie mnie w tamte strony. W Tarnowie był T-38/80, niemiecki SDKFZ i jankeska sanitarka - z tyłu za strzelnica - można było wchodzić do środka i w ogóle cudo dla dzieciaków - ale już od lat nie ma. W Elblągu jest "śliczny" pomalowany na różowo ;-)

Aniu - pewnie wiatry w inna stronę uwagę odwróciły ;-). Bynajmniej nie pędzę - Najchętniej bym się poruszał z prędkością rowerową, co budzi jednak niezrozumiałą dla mnie irytację jadących za mną ;-). Poza tym zaraz na samym początku małżeństwa Marzenka wyszkoliła mnie tak, że nawet na autostradach nie jadę szybciej niż 120. Ja to nazywam "ogranicznikiem mocy" ;-) (osoby związane z energetyką docenią żart).
Ja pizzę zagniatam sam, 5 minut robienia plus dziesięć wyrastania - na wierzch cokolwiek - nawet konserwa rybna.
fakt faktem Łemkowyna to dla lapidofilów kraina eldorado ;-)

Wojtku - To Tu Marzenka jest ideałem - ufam jej bardziej niż nawigacji, mówi skręcaj - skręcam. I zawsze wychodzimy z tego bez szwanku.
Jak smakuje pies? - trochę jak królik - kumpel się zarzekał że kupił króla we wsi...może nie kłamie, a tamten jeden sobie po prostu poszedł? Choć króliki hodowałem i smakują deczko inaczej - może kwestia bieszczadzkiej trawy? Generalnie w gulaszu z przyprawami i ryżem, dobrze rozgotowany... mięso jak mięso. Ale przez jakiś czas witaliśmy się z ekipą naśladując psie wycie ;-)

Ania said...

Ja też sama zagniatam pizzę, ale potrzebuję drożdży do ciasta. A tych takoż w domu brak. Zrobiłam sobie grzanki.

Michał Cimek said...

Witaj Makromanie.
Fajna wycieczka, dobre zdjęcia. Słowację znam z nieco innej strony, od Bieszczadów, ale wtedy nie chodziliśmy zwiedzać, tylko na drobny handel.
Jeśli chodzi o twoje pytanie, to wejdź na stronę "www.tzglogow.pl" i tam się dowiedz jak jest. Mamy swoją biblitekę multimedialną.
Pozdrawiam serdecznie.
Michał

wkraj said...

Częściej jeżdżę do Czech, ale kilka wypraw na Słowację też zaliczyłem. Właśnie takie zagubione miejsca pozwalają najlepiej poczuć klimat tego kraju. Troszkę przypomina mi tereny północnej Rumunii. Warte zobaczenia i dłuższego pobytu.
Pozdrawiam.

makroman said...

Aniu - no tak - kombinował bym z podpłomykami, ale i grzanki dobre.

Michale - jasne, dla nas Słowacja to był raj taniego piwa i innych artykułów spożywczych. Często z rajdów wracałem z cięższym plecakiem niż wyjeżdżałem.

Wkraju - kraje podobne, ale po rozdzieleniu coraz bardziej się różnicujące. Słowacja to w ogóle tygiel narodów i pewnie dlatego tak bardzo barwna i ciekawa.
Północna Rumunia marzy mi się na trekking - mogłem iść z fajna kompania dwadzieścia lat temu, nie poszedłem bo mi się wydawało że mam mnóstwo czasu... a potem pojawiła się Marzenka i ... już nie mam mnóstwa czasu ;-)

Jula said...

Podróż zimą nie zawsze jest piękna i przyjemna. Nie ma gdzie zaparkować. Ciężko się chodzi, nawet po chodniku. No, ale każda pogoda ma swoje uroki.

makroman said...

Julo - w rzeczy samej, Czasami wystarczy lepiej zaplanowač, czasami trzeba niestety pogodzić się z okolicznościami.

♥ Łucja-Maria ♥ said...

I mnie urzekła Słowacja. Mam nadzieję, że i w tym roku zrobię sobie wypad do tego uroczego kraju. Gapa ze mnie. Teraz żałuję. Widziałam tę niebieską cerkiewkę i nie zrobiłam sobie chwilowego postoju. Ot, żeby mieć zdjęcia do kolekcji:)

makroman said...

Łucju-Mario - Bo się przejeżdża mimo niej - ja sam zatrzymałem się tu dopiero pierwszy raz, choć jechałem tedy już razy kilka.