Thursday, September 20, 2012

Lwów 01

Jedziemy autokarem... ukraińskim (Po powrocie zażartowałem do kierowcy firmy transportowej z usług której korzystam jeżdżąc do pracy, że już nigdy nie powiem złego słowa o "naszych" kierowcach - nie był pewien czy to komplement czy szyderstwo).

Bilety kupione u polskiego przewoźnika który podnajmuje Ukraińców. Cena sympatyczna  200 zeta w obie strony za osobę, paliwo wyszło by mnie niewiele taniej, a samochód to zawsze kotwica.

Ruszamy nocą z Tarnowa (przelot z Krakowa) nad ranem będziemy we Lwowie, powrót tego samego dnia ... nocą. Pozostaje problem na bilecie powrotnym jest 22 ale według ich czy naszego czasu?

Autokar zajeżdża, pilot (bardziej "czujący się" chyba w roli konwojenta) pokrzykuje do pośpiechu. Spuszcza z tonu dopiero gdy orientuje się że jesteśmy Polakami a nie ukraińskimi gastarbeiterami....
I o tym będzie właśnie ten post. (pozostałe będą weselsze - obiecuję)

Ukraińcy są dla siebie wzajem bardzo nieuprzejmi - znaczy w takich sytuacjach - na ulicach nie, ale już pilot czy kierowca autokaru, z upodobaniem wykorzystuje swoja uprzywilejowana pozycję, krzycząc na pasażerów, rozstawiając ich po kątach, odmawiając zatrzymania się aby mogli skorzystać z ustępu... w końcu to oni są "władzą" - to ten pilot "ma wtyki" na granicy i załatwi w razie czego co potrzeba, więc niech teraz nawet będzie chamowaty, nie ma co zadzierać.

Było mi cholernie głupio, nawet nie jak jechałem tam bo w sumie nie było kontroli , pogranicznik wszedł, zebrał paszporty, wyszedł, za jakiś czas (przespany) wrócił rozdał, kilku osobom nie... żadnych rozmów nie było (po poza czymś co wyglądało na łapówki - pilot pobrał po sto złotych od kilku jadących, wyszedł z tymi pieniędzmi, za chwilę wrócił z paszportami... chyba coś w temacie wiz, ale mówili szeptem i po ukraińsku, więc niewiele rozumiałem).

Było źle jak wracaliśmy: Nam jak zwykle popatrzono nawet nie do paszportów tylko... na paszporty - polskie wiec zostały szybko zwrócone. tego szczęścia nie mieli Ukraińcy:
- gdzie jedziesz! - natarczywie pyta polski pogranicznik
- rabotat'
- Gdzie się pytam a nie po co! - pogranicznik podnosi lekko głos
- do Krakowa
- A tu jest napisane że pracujesz w Nowym Targu! (pogranicznik prawie krzyczy - doskonale wie ze autobus jest do Krakowa, a potem Ukrainiec przesiądzie się do innego - ale co mu zależy nawrzeszczeć się na człowieka - skoro to on pan pogranicznik ma władze?!)
- patom pojadu tam ...
- co będziesz robił?
- rabotał
- wiem!!!
- ale co będziesz robił
- przy kurach, na fermie pomagał
- a tu pisze że jako konserwator (pogranicznik przechwala się umiejętnością odszyfrowania przekazu zawartego w pozwoleniu na pracę)
- ja wsjo diełam co trzeba, co mi szef każe... Ukrainiec spuszcza głowę, pogranicznik klepie się jego paszportem po ręce (takim samym gestem jak w filmach robili to gestapowcy - to zresztą chyba atawistyczny gest każdego gnoja któremu dano władzę nad innymi), czeka na błagalne spojrzenie - w końcu doczekawszy się dokument oddaje. Podobna scena powtarza się kilkarazy.

czy był nieuprzejmy dla nas? Oczywiście nie, tego zrobić nie mógł, jesteśmy obywatelami UE i zawsze możemy wnieść skargę - nawet jak nie stracił by po niej pracy, to pewnie przełożeni jego uznali by to ze świetny pretekst by obciąć mu premię na przykład.  Takiej ochrony nie mają Ukraińcy, z nimi można obcesowo "z buta", komu się poskarżą, kto za nimi zaświadczy?

Gastarbeiterzy...

Tak samo pewnie czuli się Polacy trzydzieści lat temu jadący "na saksy", przemycający tania żywność, papierosy i wódkę z kraju, modlący się nie o to by nie być upokarzanymi na granicach, ale żeby pogranicznik Austriacki przymknął oko na ich "kontrabandę"... Często ze śladami "zaszłości" w papierach, dający łapówki by przepuszczono ich  do "raju", gdzie pracowali za głodowe stawki (po przeliczeniu marek na złote byli krezusami).


 Cerkiewka przy Stryjskiej - Stryjska to bardzo długa ulica, w Krakowie porównywana może być na do Mogilskiej (sprzed lat) ciągnąca się terenami blokowisk i opuszczonych zakładów przemysłowych, gdzieś z przedmieść aż do centrum. To przy niej jest dworzec, z niego idziemy  - można by wziąć taksówkę, ale nam się nie spieszy, a z taksówki to miejsca nie poznamy.


 Pierwszym naszym celem był Łyczakowski cmentarz - ale żeby tam dojść ze Stryjskiej musieliśmy zboczyć w prawo i idąc "na azymut" mijaliśmy np takie miejsca - kawiarenka żydowska - niestety wczesnym rankiem zamknięta - szkoda bo kawy się chciało jak cholera. 


 Lwowskie plotkary - niegdyś tak malowniczo zdobione elementy infrastruktury technicznej kamienic były standardem - tak we Lwowie jak i w Krakowie czy Tarnowie, teraz to już unikaty, u nas, we Lwowie wciąż jeszcze można je znaleźć.

Feniks z popiołów, znów na Stryjskiej, znów kilka kilometrów "ostatniej drogi", ale tym razem drugą stroną.
Lwów się odradza, w centrum wciąż trwają remonty, wiele kamienic już jest świetnie odrestaurowanych inne czekają w kolejce. Ślady po "komunie" powoli rozpadają się w gruz, trwa to co dobre i piękne. 

W nogach mamy co najmniej 30 km (w liniach prostych - na mapie, w rzeczywistości będzie tego przynajmniej o połowę więcej).

Dworzec Styryjski ...
Nawet nie wiemy jak dokładnie wygląda... wychodziliśmy stad przed świtem, wracamy po zmierzchu...
cdn.

7 comments:

gwiezdna said...

uff, wiem co czują tacy ludzie, w 90 pojechałam do Wiednia z wycieczką turystyczną, na paszporty czekaliśmy 2 godz, potem dokładnie nas zlustrowano z kamienną twarzą ale na szczęście w milczeniu, pojechalismy do Włoch gdzie tez nam niedowierzano, że turystycznie... gest stukania paszportem mieliśmy w drodze powrotnej - polscy celnicy czekali na dary... dobrze, że ktoś tam kupił szlachetniejszą flaszkę niz borovicka. czekam na dalszą relację, pozdrawiam :)

krogulec14 said...

Ego takiemu pogranicznikowi wzrasta niepomiernie. Żal tych poniewieranych ludzi.

Nomad said...

Ja swego czasu jeździłem na Węgry, bywało różnie z tymi celnikami. A najgorsi byli Czechosłowaccy. Mimo tego, że przez ich kraj tylko przejeżdżaliśmy. A na Ukrainę jeżdżę rowerem w Karpaty z Roztok Górnych w Bieszczadach. Celnicy Ukraińscy dla mnie też nie są zbyt uprzejmi. Kiedyś mi cały plecak przekopali. Rowerzyście! Przejście w Ubla.

Tojav said...

No tak, daj komuś trochę władzy... Przykre. Człowiekiem gardzi człowiek. I to nigdy się nie zmieni.

ikroopka said...

Władza uderza ludziom do głowy, nawet taka niewielka;(

Stanisław Kucharzyk said...

A drogówka ukraińska z kolie poluje na polskich kierowców i dobrze mieć wtedy jako pasażerkę wygadaną znajomą Ukrainkę :-) Z kobietą nie wygrasz niezależnie od nacji.

makroman said...

racja - ale ja marnym kierowca jestem, więc jak tylko pada hasło "wycieczka" to natychmiast rzucam odzew "autokar" i mam spokój z drogówka ;-)

ale fakt faktem - to jak na wschodzie tępią naszych kierowców, do złudzenia przypomina mi nasze drogi z lat 80 - wtedy nikt na niemieckich blachach (jeszcze te słynne owalne niczym tabliczki cmentarne)nie przejechał stu kilometrów w PRL żeby nie być choć raz kontrolowanym.
teraz pytanie retoryczne - czy to problem natury politycznej czy psychologicznej?