Thursday, April 24, 2014

Na drugą stronę jaru

Rzecz jasna cały czas obracamy się w kręgu mojej ukochanej Góry św. Marcina. Pomimo iż spędzam na niej praktycznie każda wolną chwilę, to wciąż mnie czymś zaskakuje. Ot chociażby takim zwalonym w poprzek jaru pniem buka. Jary to na "marcince" rzecz normalna, łupkowo ilaste wzniesienie jak mało co (poza chyba tylko lessami) nadaje się by woda żłobiła w nim głębokie strome kaniony. Źródła są wszędzie, ale to nie potoki są tu głównymi sprawcami a woda opadowa, zwłaszcza ta z roztopów wiosennych.

No wić mamy jary, a zimowe wichry powaliły kilka dorodnych, choć przeżartych grzybem buków... i jak tu nie skorzystać? 

Powalony pień dostrzegłem idąc w kierunku Lasku Kruk. oczywiście trzeba było zsunąć się po zboczu... co uczyniłem. na pień wlazłem i dopiero gdzieś tak w połowie uzmysłowiłem sobie że można zrobić kilka zdjęć.
tedy balansując na kłodzie, zdjąłem plecak, wymotałem z niego aparat, aparat zawiesiłem na szyi, plecak zasunąłem zarzuciłem na plecy i ... uzmysłowiłem sobie że ktoś o mniejszym wyczuciu równowagi już dawno runął by na dół.
 Mniej więcej w połowie drogi.

 Aura zawróciła, choć zazwyczaj idzie za mną trop w trop - widać uznała ze gra nie warta jest psiego żywota.

 A to już druga strona jaru; zawracać teraz było by absurdem.

Choć pamiętam przygodę z WOPRowcem na jednym z okolicznych stawów - przepływałem go w poprzek a ten podpłynął do mnie skuterem i kategorycznie zażądał abym płyną do brzegu! 
- przecier tam płynę, odparłem, usiłując nie nabrać w usta wody, która chlapała mi po twarzy falami wywołanymi ruchem skutera.
- Proszę zawracać!
- Przecież to jedna cholera, czy płynę tam, czy tam, skoro i tak jestem na środku!
WOPRowiec cokolwiek zbaraniał - rozglądnął się i stwierdził że i tak mnie znajdzie i ukarze mandatem...po czym odpłynął.
Wracając już brzegiem, wpadłem na kilka sekund do placówki WOPR, przywitałem się z kumplem z którym razem robiliśmy uprawnienia ratowników, kumpel wytłumaczył tamtemu że; owszem pochwały godna czujność lecz... powinien reagować gdy pływak jest dwadzieścia metrów od brzegu a nie sto - bo wtedy już jest za późno! Ale może o tym incydencie zapomnieć, tylko że nam się strasznie piwa chce...
No ale mniejsza. W każdym razie nie lubię się cofać i ... nie wycofałem się.


 Po drugiej stronie zagwozdka - niby dotarłem lecz... potężny karp zagradza dalszą drogę, ani go przeskoczyć, ani ominąć, a drapać się po gliniasto ilasto humusowej wykładzinie to dość brudna robota.
Zdejmuje kilki z pleców (wylądowały tam, bo w rękach w razie upadku lepiej nic nie mieć), zapieram jeden o pień, drugi wbijam pionowo w karp, pomiędzy korzenie i przy pomocy takiego rusztowania podskakuje kilkadziesiact centymetrów, tak aby dostać się nogami na odsłonięty korzeń. udaje się, teraz już tylko podpierajac się kijkami po kilku krokach jestem po drugiej stronie wykrotu - co widać na załączonym obrazku. 
 
Aby obraz był pełen, schodzę w dół by pokazać konfigurację pnia po którym przechodziłem. 

Drogi nie zaoszczędziłem, ale...
warto było.

7 comments:

damian said...


Faktycznie, duża różnica wysokości, ciekawe miejsce :)

Nomad said...

Ostatnio musiałem przekraczać podobne na rzece z rowerem pod pachą.

Mo. said...

No ja to bym napewno z takiego powalonego pnia spadła po minucie. No może po dwóch :). O ściąganiu plecaka nie byłoby mowy, tym bardziej o robieniu zdjęć. I co, znalazł Cię pan z WOPR-u? :)

makroman said...

Damianie - "Marcinka" to jedno wielkie nagromadzenie ciekawych miejsc, ulokowane w mega ciekawym Beskidzie Niskim, który jest częścią hiper ciekawych Karpat... ;-)

Nomad - i to się nazywa przygoda!!!

Mo - Całe przejście trwało kilkadziesiąt sekund!
A Pan z WOPR chyba nawet nie usiłował szukać.

krogulec14 said...

U mnie specami od obalania drzew są bobry. I całkiem sprawnie im to idzie. Ale jarów Ci u nas niema...

Michał Cimek said...

Witaj!
Dziękuję za miły komentarz.
Co do krzyży, to wiele z nich poprzenoszono na tereny kościołów, cmentarzy, wmurowano w mury, etc...
Te wmurowane w węgieł kościoła to dla mnie też coś niesamowitego.
Pozdrawiam serdecznie.
Michał

makroman said...

Krogulcze - W Tarnowie plątają się po okolicach, spotkałem ich ślady nawet na elektrociepłowni. Dzięki tym jarom mamy zresztą tu sporo dzikiej zwierzyny - bo tam po prostu nie da się zaprowadzić uprawy niczego, wiec są to ostoje. Również dla ptactwa, choć awifauna nie tak bogata jak u Ciebie.

Michale - Właśnie w tym sęk - takie przeniesione i wmurowane, widywałem - mam rodzinę na Śląsku (w zasadzie na wszystkich Śląskach) Żywiecczyznę przeszedłem wzdłuż i wszerz jeszcze w liceum, na Cieszyńskim jestem kilka razy w roku, gdzie indziej rzadziej ale też... a takiego krzyża nie widziałem. Choć interesuję się tematyka budynków sakralnych, kaplic, krzyży itp.