Wednesday, February 25, 2015

Czerwony Klasztor

Niegdyś zadupie zadupia, oddalony od wszelkich możliwych i niemożliwych szlaków komunikacyjnych, pod względem oddalenia od "cywilizacji" porównywany może być tylko z niektórymi założeniami monastycznymi z Etiopii, Grecji czy Turcji. Wydaje się nam to dziwne. Gdzie? Tu, w środku Europy? Ale tak jest, tylko nie dostrzegamy tego bo, nasza perspektywa skróciła się dzięki asfaltowym szosom i blaszanym puszkom na kołach które nas dowożą wszędzie w stosunkowo krótkim czasie. Jednak zaledwie kilkadziesiąt lat temu, wyprawa tutaj z najbliższych większych ośrodków trwała nieraz kilka dni, a jedynym pewnym sposobem dotarcia tu były własne nogi.

Na czym polegało życie mnicha w takim miejscu? No cóż, głównie na walce o przeżycie. Tereny były bardzo biedne, to nie urodzajne doliny Szampanii, czy choćby żyzne równiny centralnej Polski - gdzie okoliczna ludność znosiła do klasztoru dary w zamian za modlitwę, pomoc medyczną czy... szampana ;-). Posiadacz krowy i stadka owiec był bogaczem. A dookoła lasy, góry i potoki, i z nich to czerpali swą siłę tutejsi mnisi.

Pozyskiwanie zwierząt w pańskich lasach (a innych nie było i od razu uwaga - propaganda lewicowa głosiła że to "panowie" sobie lasy zawłaszczyli, żeby chłopi głodowali a oni mieli miejsca do polowań - to brednia, Jak pokazują zachowane dokumenty i przekazy, praktycznie zawsze chodziło o... ochronę przyrody! Zwierząt w lasach i tak było za mało by wykarmić ludzi, a w razie zezwolenia na polowania zostały by błyskawicznie doszczętnie wybite, ja wiem że to twarde prawo, zwłaszcza gdy ma się do wykarmienia głodujące dzieci, ale taka jest rzeczywistość i chwała "panom" za to)

Dość dygresji!

Mnisi pozyskiwali, runo, jagody, grzyby a zwłaszcza rośliny lecznicze. Pomagali miejscowym, w zamian za ubożuchne ofiary, opisywali miejsca, ludzi, historię, zwyczaje, a przez pozostałe 90% czasu modlili się. Czasami pojawiała się jakaś donacja z dworu, czasami ktoś bogaty o modlitwę przyszedł prosić, msze zamawiał - o wtedy było bogato, dostatnio. Ale to rzadko kiedy. Panowie dbali głównie o obronne walory klasztoru, który na wypadek zagrożenia stawać się miał zamkiem, życie mnichów mało ich interesowało, i vice versa... zadupie ma też swoje przywileje.

 Klasztor prześwituje przez drzewa - w lecie tego widoku praktycznie nie ma, wszystko zasłaniają liście. Pamiętam lat temu dzieścia (możę dzieści) - patrząc z Trzech Koron, dostrzegłem czerwone dachówki klasztoru - stąd zresztą nazwa. potem zejście przez szopkę do Niżnych i... zawód srogi. Granica. Miejsce tak piękne, tak malownicze, przedzielone decyzją jakiś polityków, czy dyplomatów (odczytywać jako obelgę). 
  
 Mamy jednak Schengen i to jest DOBRE!!! 
A tu widok od strony Leśnickiego Potoku. 

 Dziedziniec gości - ogólnie dostępny, w sezonie gwarny i oblegany przez barwny tłum. 

 Z wyszynkiem i wyżerką
Ps. z tymi lipami to... lipa...

 Dziedziniec wewnętrzny, (a dalej wewnętrznie wewnętrzny) - tu już nie każdemu wolno. W sezonie wpuszczają do muzeum (WARRRRTO zobaczyć!) ale teraz furty na kłódki i wara przybłędo.


Jak widać, klasztor nie jest budowlą jednolitą stylistycznie, elementy jeszcze gotyckie uzupełniane są renesansowymi i jako takie tworzą przyjemną dla oka całość. Niestety dowalono tu tez barokiem - choć nie nachalnie i można udawać że się go nie dostrzega - np. na tych zdjęciach, nie ma baroku.
 
Kolejna uwaga - dzień był piękny, słoneczny ale Czerwony Klasztor skryty jest w głębokiej dolinie, dlatego na większości fotografii wygląda to pochmurnie, szaro, ciemno i ponuro. Z drugiej strony latem, gdy słońce jest wysoko, to miejsce aż gotuje się od słonecznego światła. Nie wiem czy to zamierzony efekt, czy przypadkowa wypadkowa lokalizacji w otwartej na południe dolinie... ale na pewno daje wiele do myślenia, o sprawach dalekich od doczesności. 

Wąska dolinka, niegdyś element systemu obronnego i jednocześnie swoisty punkt kontroli drogowej. 
Dawniej prowadziła do miejscowości Smerdzonka  - bo są tam źródła wody zawierającej siarkowodór. Potem była to już miejscowość o dumnej nazwie Kupele Smerdzonka - w języku polskim odpowiednikiem jest np. "Zdrój" - ale wzięli kalkę z niemieckiego "bad".
Dziś ta miejscowość nazywa się inaczej... ale jakoś nie chce mi się tej nazwy pamiętać.

W dolince jest przeraźliwie zimno - różnica temperatur pomiędzy dziedzińcem Czerwonego Klasztoru a tym miejscem to na pewno nie mniej niż dziesięć stopni.

 Charakterystyczna spiska brama. tylko że dziś niczym u Picassa zamiast Oka Pańskiego zimna bania żarówki.
 Boczna furta. 

 Widok przez okienko w furcie - akurat wprost na muzeum.

 Ciekawe i unikatowe rozwiązanie problematu rozpoznawalności krzyża z dwóch różnych kierunków ... 
W zasadzie z trzech bo i od góry ;-)

 Klasztor od drugiej strony, można obejść go praktycznie w koło - no chyba że zamknięto furtki na teren od strony Leśnickiego, ale to miejsca gospodarcze. Nie wiem czy obecni mieszkańcy klasztoru byli by zachwyceni pałętającymi się im "w ogródkach" turystami.


I na koniec wzmiankowany wcześniej Barok... Ale jak ktoś nie chce nań patrzeć, to wystarczy po mniszemu wzrok spuścić, a niebo podwójnie skromność wynagrodzi. Raz w formie duchowej a dwa że wieży oglądać się nie będzie ;-).  

9 comments:

Mig said...

INo ale co? Nie wpuścili do środka na ciepłą herbatę?

makroman said...

Karczma "pod lipami" zamknięta, a w klasztorze, mieszka może trzy osoby - na poły mnisi, na poły kustosze. Pewnie gdyby konieczna była ich pomoc, to by pomogli, ale gdyby każdemu turyście chcieli herbatę fundować...

krogulec14 said...

Piękny :-) Znaczy ojcowie Komuniści w nim byli, że... Czerwony? ;-)

makroman said...

Znaczy Marku że dachówki były czerwone, co z daleka w oczy się rzucało i elementy murów także. Bo miejscowi budowali głównie z lokalnie występujących łupków, ceramikę trzeba było importować.

Jula said...

Pomysł z krzyżem bardzo oryginalny. Podoba mi się. A klasztor, chyba jak każdy inny klasztor, tajemniczy. Widzimy go, coś tam o nim wiemy, a i tak jest swoistą zagadką.

makroman said...

Wiesz Jula, owszem na pewnym poziomie wszystkie klasztory sa podobne, tak jak ludzie. Dopiero przy lepszym poznaniu okazuje się że jedni ledwie trzymają poziom banału a inni to wspaniałe, głębokie, niecodziennie, osobowosci.

Adrianna said...

Naprawdę ciekawe miejsce i podoba mi się jego osamotnienie - choć pewnie w sezonie to wygląda inaczej (dlatego ja też lubię takie pozasezonowe włóczęgi). I to, że więcej widać przez bezlistne drzewa.
Barok w ilościach homeopatycznych, prawie klasyczny - a w dodatku ta geometryczna kompozycja zdjęcia odwraca uwagę. W ogóle zdjęcia bardzo dobrze mi się oglądało - najbardziej intrygujące jest ten widok przez szybę na wewnętrzny dziedziniec, jak przez jakiś filtr, tajemnicze.

Kris Beskidzki said...

Stara polska budowla, a jakże piękna :) Świetne ujęcia :)
Pozdrawiam

makroman said...

Adrianno - jedno z ciekawszych, na pewno owiane legendami. W sezonie, jest tu masa kramów, kramików, piją tu piwo, jedzą z tacek, pieką kiełbaski... generalnie raj dla turystów, czyściec dla wędrowców.

Kris - ja tam bardzo ostrożny jestem w "unarodowianiu" tych miejsc. To był tygiel przez setki lat. Owszem polscy Lubomirscy byli panami, ale nie oni jedni.

Ps. Adrianno - Lubomierscy - lanckorońscy. Pisałaś o Lanckoronie, jak tam jesteś to klimat bardzo bliski temu spiskiemu